Rodos i świeże spojrzenie
Simi wygląda trochę tak, jakby ktoś przesadził z pocztówkową wizją śródziemnomorskiej wyspy.
-
Tak, szczególnie jeśli lubisz wodę, porty, zatoki, skaliste krajobrazy i miejsca, w których natura miesza się z ludzką obecnością.
-
Na wyjazd zabrałem Fujifilm X100VI, bo przy rodzinnych wakacjach z małym dzieckiem zależało mi na lekkim, poręcznym i szybkim aparacie.
-
Nie. To były rodzinne wakacje z aparatem na szyi, więc większość zdjęć powstała przy okazji spacerów, wycieczek i wspólnych aktywności.
-
Rodos przypomniało mi, jak mocno zmiana otoczenia potrafi odświeżyć spojrzenie, ale też jak ważna jest późniejsza selekcja zdjęć zgodna z własnym stylem.
Podróże nie są raczej moją codziennością i chyba nie dlatego, że nie jestem typem podróżnika (chociaż muszę przyznać, że jestem trochę księżniczką i cenię sobie komfort, więc chodzenie z plecakiem i biwakowanie na dziko to zdecydowanie nie jest mój klimat). Bardziej chodzi o zwykłą prozę życia: rodzinę, małe dziecko, pracę w korpo i całą codzienność, po której nie zostaje już aż tak wiele czasu ani energii na podróżowanie. Dlatego pierwsze rodzinne zagraniczne wakacje z dwuletnim maluchem były dla mnie nie lada gratką.
Zdecydowaliśmy się wybrać na grecką wyspę Rodos i z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że był to strzał w dziesiątkę. Zarówno pod względem wypoczynku, jak i pod kątem fotograficznym. Nie będę ukrywał, że byłem bardzo podekscytowany możliwością fotografowania w nowym miejscu, bo nowe miejsca mają w sobie coś, co bardzo mocno pobudza kreatywność. Nagle wszystko wydaje się świeże, trochę inne, trochę bardziej warte uwagi. Zaczynamy widzieć rzeczy, których lokalsi często już nie dostrzegają, bo dla nich są po prostu częścią codzienności.
W nowym miejscu człowiek znowu zaczyna się rozglądać.
Nowe miejsce, nowe spojrzenie
To jest w ogóle ciekawe zjawisko w fotografii. Wielu fotografów, łącznie ze mną, często mówi, że tam, gdzie mieszkają, nie ma nic ciekawego do fotografowania i gdyby tylko mieszkali w ciekawszym miejscu, ich zdjęcia byłyby lepsze. I to jest tylko częściowo prawda. Oczywiście, że są miejsca ładniejsze i brzydsze, bardziej fotogeniczne i bardziej nijakie, łatwiejsze i trudniejsze do fotografowania. Nie ma sensu udawać, że lokalizacja nie ma żadnego znaczenia, bo ma. Czasem ogromne.
Ale jednocześnie w każdym miejscu można znaleźć coś ciekawego i wartego fotografowania. Problem polega na tym, że nasz umysł bardzo szybko przyzwyczaja się do tego, co widzi na co dzień. Znajomy krajobraz staje się tak oczywisty, że przestajemy zauważać jego potencjał i urok. Mijamy te same ulice, te same bloki, te same drzewa, te same przystanki i w pewnym momencie nie patrzymy już naprawdę, tylko przemieszczamy się na autopilocie.
Mam też anegdotkę z życia w tym temacie i pewnie każdy ma podobną. Moja mama, urodzona warszawianka, ma kuzynkę w Trójmieście. Kuzynka nigdy nie jeździ do Sopotu na molo, moja mama nigdy nie jeździ na Stare Miasto w Warszawie i obie zachodzą w głowę, jak to w ogóle możliwe, bo przecież to są takie wspaniałe miejsca. Dla jednej coś jest atrakcją, dla drugiej tłem codzienności. I właśnie w tym śmiesznym konflikcie jest sporo prawdy o fotografii.
Najciekawsze często zaczyna się tam, gdzie kończy się oczywista atrakcja turystyczna.
Dla mnie Rodos było takim miejscem, które od razu uruchomiło we mnie fotograficzną ciekawość. Wszystko było nowe: światło, kolory, woda, porty, skaliste wzgórza, zatoki, łodzie, małe uliczki, turystyczny chaos i spokojniejsze fragmenty zwykłego życia. Już po pierwszym dniu poczułem to niesamowite natchnienie twórcze, które przychodzi wtedy, kiedy znajduję się w nowym miejscu i nagle mam wrażenie, że niemal wszystko nadaje się do sfotografowania. A musicie wiedzieć, że jako niespełna 40-latek rzadko czym aż tak łatwo się ekscytuję. Może brzmię trochę jak zgorzkniały dziadek, ale myślę, że wiele osób jednak może się z tym stwierdzeniem utożsamić.
Rodzinne wakacje, nie wyprawa fotograficzna
Na ten wyjazd zabrałem Fujifilm X100VI i była to bardzo świadoma decyzja. Jechałem z rodziną i małym dzieckiem, więc wiedziałem, że potrzebuję czegoś lekkiego, poręcznego i niewymagającego. Nie chciałem nosić dużego aparatu, zmieniać obiektywów i zastanawiać się nad sprzętem wtedy, kiedy obok trzeba było pamiętać o wodzie, czapce, kremie z filtrem, przekąskach, zabawkach i aktualnym nastroju velociraptora, tj. dwulatka.
Fuji sprawdziło się tutaj idealnie. Jest małe, szybkie, dyskretne i zawsze można mieć je pod ręką. Do tego symulacje filmu są świetne przy zdjęciach rodzinnych, bo większość kadrów wygląda dobrze właściwie od razu i nie wymaga późniejszej edycji. A na takim wyjeździe to ma znaczenie, bo zdjęcia rodzinne mają przede wszystkim zachować wspomnienie, a nie stać się kolejnym projektem do obróbki, który będzie czekał miesiącami na dysku.
Przed wyjazdem miałem oczywiście w głowie plan, że może uda mi się chociaż raz wyjść samemu, najlepiej rano, kiedy światło jest miękkie, ulice są jeszcze względnie puste, a ja będę mógł spokojnie pochodzić z aparatem bez presji i stresu. Klasycznie poszliśmy na kompromis i ostatecznie cały czas spędzaliśmy razem, więc moje zdjęcia powstawały przy okazji wspólnych aktywności: podczas spacerów, wycieczek, dojścia do portu, czekania na autobus, krótkiego zatrzymania się gdzieś po drodze albo zwykłego rozglądania się wtedy, kiedy reszta załogi patrzyła na coś zupełnie innego.
I chyba właśnie dlatego dobrze oddają ten wyjazd. Nie są efektem samotnego polowania na kadry, tylko patrzenia w środku zwykłej rodzinnej logistyki. To nie była wyprawa fotograficzna, tylko rodzinne wakacje z aparatem na szyi. A jednak przywiozłem z nich więcej zdjęć, z których jestem zadowolony, niż początkowo się spodziewałem.
Większość zdjęć z tego wyjazdu powstała pomiędzy jedną rodzinną aktywnością a drugą.
Woda, porty i ludzie w krajobrazie
Nie zamierzam tutaj prowadzić bloga podróżniczego ze wskazówkami, gdzie warto pójść, co zrobić i gdzie dobrze zjeść, bo to nie ta strona i nie ten rodzaj tekstu. Chciałbym raczej krótko opowiedzieć, co ciekawego udało mi się zobaczyć i sfotografować pod kątem fotograficznym.
Bardzo lubię klimat wody, portów i przystani, a Rodos jako wyspa idealnie się w to wpisuje. Na wyciągnięcie ręki są kamieniste wzgórza, strome klify, malownicze zatoki, morze, łodzie i porty. To wszystko brzmi może dość pocztówkowo, ale w praktyce najbardziej interesowały mnie nie same ładne widoki, tylko miejsca, w których krajobraz spotyka się z ludzką aktywnością. Port z łodziami, droga schodząca w stronę zatoki, człowiek idący ścieżką, zabudowania przyklejone do wzgórza, fragment infrastruktury wciśnięty w skalisty krajobraz. To są rzeczy, które fotograficznie mnie inspirują.
Porty są dla mnie ciekawsze niż czyste widokówki, bo zawsze widać w nich ślad ludzkiej obecności.
Pierwszego dnia wybraliśmy się na krótki spacer do pobliskiego Faliraki, które uchodzi za lokalną imprezownię. W hotelowym barze usłyszałem nawet, jak barman przestrzegał jednego z gości, żeby nie jechał tam razem z żoną. Tym niemniej w Falirakach, oprócz głównej ulicy z restauracjami, barami i klubami, są również mniej uczęszczane uliczki, gdzie toczy się normalne życie. Jest też zatoka oraz port, które okazały się dla mnie dużo ciekawsze niż najbardziej oczywista, imprezowa część miejscowości.
Do gustu szczególnie przypadł mi widok z portu na sąsiadującą zatokę. Złapałem tam kadr, który bardziej przywodził mi na myśl szkocki albo skandynawski krajobraz niż śródziemnomorską wyspę. Było w nim coś surowego, spokojnego i mniej oczywistego niż typowy wakacyjny obrazek z Grecji. I właśnie takie momenty lubię najbardziej, kiedy miejsce pokazuje się trochę inaczej, niż człowiek zakładał przed przyjazdem.
Faliraki z tej strony wcale nie wyglądało jak imprezowa miejscowość na greckiej wyspie.
Miasto Rodos i najlepsze zdjęcie z wyjazdu
Drugiego dnia wybraliśmy się autobusem do stolicy wyspy, czyli miasta Rodos. To piękne portowe miasto z przeuroczą starówką, ale największą frajdę sprawiło mi oczywiście fotografowanie portu. Jak pewnie dobrze wiecie, bardzo lubię połączenie krajobrazu z ludzką obecnością i aktywnością, a porty są pod tym względem świetnym tematem. Jest w nich coś pomiędzy odpoczynkiem, pracą, podróżą i oczekiwaniem. Łodzie stoją przy brzegu, ludzie gdzieś idą, ktoś coś przewozi, ktoś patrzy na wodę, ktoś robi zdjęcie, ktoś wraca z rejsu. Niby nic wielkiego, ale właśnie z takich drobnych scen często powstają kadry, które interesują mnie bardziej niż czyste widokówki.
Najmocniejszy fotograficznie moment czekał jednak na Akropolu nad miastem, skąd widać fantastyczną panoramę Rodos. I właśnie tam udało mi się zrobić chyba najlepsze zdjęcie z całego wyjazdu. Z góry widać było leżące niżej miasto, morze i piękne pastelowe kolory, które w tym świetle wyglądały niemal nierealnie. Ale sam widok nie wystarczyłby mi do zdjęcia. Byłby ładny, ale prawdopodobnie zbyt oczywisty.
Bez tej postaci byłby to po prostu ładny widok. Z nią kadr zaczął opowiadać o relacji człowieka z miejscem.
Tym, co domknęło kadr, była dziewczyna idąca ścieżką i patrząca w dół na miasto. Dzięki niej pojawiła się relacja między człowiekiem a miejscem, czyli dokładnie to, czego szukam w fotografii. To jest drobny element, ale dla mnie zmienia bardzo dużo. Nagle zdjęcie nie jest tylko zapisem widoku, ale zaczyna opowiadać o patrzeniu, skali i obecności.
Kallithea Springs
Trzeciego dnia wybraliśmy się spacerem do pobliskiego parku Kallithea Springs, który znajduje się na wzniesieniach tuż nad samym morzem. To miejsce jest bardzo przyjemne wizualnie, bo łączy architekturę, zieleń, kamień i widok na zatokę. W parku znajduje się kilka ciekawych punktów widokowych, z których widać morze i okoliczne wzgórza, a do tego można tam znaleźć schronisko dla bezpańskich kotów, którym opiekują się wolontariusze.
Nie było to dla mnie najważniejsze fotograficznie miejsce wyjazdu, ale dobrze uzupełniało całą opowieść o Rodos. Było spokojniejsze, bardziej spacerowe i mniej spektakularne niż Simi, ale dawało możliwość innego patrzenia — na światło, kształt ścieżki, fragment zatoki między drzewami i ludzi poruszających się po przestrzeni.
Kallithea Springs było spokojniejsze i mniej spektakularne, ale dawało przestrzeń do uważniejszego patrzenia.
Simi - miejsce jak z planu filmowego
Czwartego dnia popłynęliśmy w półtoragodzinny rejs promem na malowniczą wyspę Simi, która zasłynęła między innymi z poławiaczy gąbek. I muszę przyznać, że było to chyba najciekawsze miejsce, jakie udało nam się zobaczyć podczas całego wyjazdu.
Simi ma fantastyczną architekturę. Kolorowe domki są usytuowane na wzgórzach okalających port i zatokę, dzięki czemu całe miejsce wygląda niemal jak scenografia filmowa. To jest ten rodzaj widoku, przy którym człowiek przez chwilę zastanawia się, czy to naprawdę istnieje, czy ktoś po prostu przesadził z pocztówkową wizją śródziemnomorskiej wyspy. Kolory, światło, układ budynków, woda i łodzie tworzą całość, która z jednej strony jest bardzo łatwa do fotografowania, a z drugiej może być pewną pułapką.
Simi wygląda tak efektownie, że największym wyzwaniem jest nie zrobić wyłącznie ładnej pocztówki.
Bo kiedy wszystko wygląda efektownie, łatwo zrobić zdjęcie, które jest po prostu ładne. A ładne zdjęcie nie zawsze jest ciekawe. Na Simi musiałem więc uważać, żeby nie fotografować wszystkiego tylko dlatego, że wyglądało dobrze. Najbardziej interesowały mnie znowu te momenty, w których idealny krajobraz przestawał być tylko dekoracją, a zaczynał żyć dzięki obecności człowieka.
Myślę, że właśnie dlatego Simi tak mocno zapadło mi w pamięć. To miejsce naprawdę robi wrażenie, ale fotograficznie najciekawsze staje się dopiero wtedy, kiedy przestaje się patrzeć na nie jak na gotową pocztówkę.
Najlepsze kadry z takich miejsc zaczynają się wtedy, kiedy piękne tło przestaje być jedynym tematem zdjęcia.
Co zostało po selekcji
Resztę tygodnia spędziliśmy głównie na miejscu, odpoczywając w hotelu i korzystając z dobrodziejstw all inclusive. I też nie mam z tym żadnego problemu. To był rodzinny wyjazd, nie plener fotograficzny, więc nie czułem potrzeby, żeby za wszelką cenę wyciskać z każdego dnia kolejny materiał zdjęciowy. Tym bardziej że po kilku pierwszych dniach miałem już poczucie, że przywiozę z Rodos coś sensownego.
Po powrocie okazało się, że odsetek zdjęć, które naprawdę mi się podobają, był większy niż zwykle. Do portfolio trafiło ostatecznie 28 kadrów, czyli jak na moje standardy bardzo dużo. Myślę jednak, że nie wynikało to tylko z wakacyjnego zachwytu. Nowe miejsce faktycznie pomaga, bo pobudza uwagę i sprawia, że łatwiej zobaczyć kadry tam, gdzie normalnie przeszlibyśmy obojętnie. Ale sama ekscytacja nowym miejscem nie wystarczy.
W selekcji trzeba pamiętać o tym, co naprawdę nas porusza i co jest spójne z naszym sposobem patrzenia. Odrzuciłem sporo zdjęć, które były po prostu ładne, ale niewiele więcej z nich wynikało. Zostawiłem te, które wpisują się w to, co od dłuższego czasu najbardziej mnie interesuje: krajobraz, naturalny albo stworzony przez człowieka, w którym pojawia się ślad ludzkiej aktywności. Łodzie, porty, ścieżki, postacie, zabudowania, drogi, punkty widokowe, miejsca używane przez ludzi. Rodos było nowe i ekscytujące, ale selekcja musiała być już moja, nie turystyczna.
Rodos jako fotograficzne przypomnienie
Myślę, że Rodos jest bardzo niedocenianą destynacją, zarówno turystycznie, jak i fotograficznie. Rzadko trafiam w social mediach na zdjęcia z tej lokalizacji i nawet podczas tygodniowego pobytu natknąłem się chyba tylko na jednego fotografa. Nie wiem, czy wynika to z przypadku, czy po prostu są miejsca bardziej oczywiste i modne fotograficznie, ale dla mnie Rodos okazało się bardzo wdzięcznym tematem.
Nie chcę jednak kończyć tego tekstu stwierdzeniem, że warto jechać na Rodos robić zdjęcia, bo to byłoby zbyt proste. Bardziej chodzi mi o to, że ten wyjazd przypomniał mi, jak dużo daje zmiana otoczenia. Nowe miejsce może pomóc wyrwać się z fotograficznego zastoju, w który czasem wpadamy, kiedy zbyt długo patrzymy na te same ulice, te same budynki i te same krajobrazy. Jednocześnie nie zastąpi uważnego patrzenia i nie rozwiąże problemów z kompozycją, światłem czy selekcją. Ale może wytrącić nas z codziennego automatyzmu. Może sprawić, że znowu zaczniemy się rozglądać z ciekawością. Może przypomnieć, że fotografowanie często zaczyna się nie od sprzętu, planu czy wielkiego projektu, tylko od prostego poczucia, że coś przed nami jest warte zatrzymania.
I chyba właśnie dlatego tak dobrze wspominam ten wyjazd. Przez kilka dni wszystko znowu wydawało mi się warte uwagi. A to, przynajmniej dla mnie, jest jeden z najlepszych stanów, w jakich można fotografować.