O selekcji zdjęć - dlaczego wyrzucam 98% kadrów

  • U mnie to proces kilku etapów: od odrzucenia technicznie słabych kadrów, przez wybór najmocniejszych ujęć, aż po końcową selekcję po edycji i spojrzeniu na zdjęcia w druku.

  • Bo wolę pokazać kilka naprawdę mocnych kadrów niż zostawiać zdjęcia tylko poprawne. Selekcja pomaga mi też lepiej zrozumieć własny styl fotograficzny.

  • Nie. Liczy się nie to, ile zdjęć zostaje, ale czy finalny wybór naprawdę niesie coś wartościowego.

  • Tak. Czasem kadr, który wcześniej wydawał się przeciętny, po czasie zaczyna działać inaczej i może okazać się lepszy, niż myśleliśmy.

Ostatnio wracałem z krótkiego spaceru fotograficznego wzdłuż Wisły na warszawskiej Białołęce i zastanawiałem się, ile zdjęć zrobionych tego dnia naprawdę będzie nadawało się do czegokolwiek. Sam spacer nie był długi, trwał może półtorej godziny, a mimo to wróciłem do domu z trochę ponad setką kadrów. Kiedy cały proces selekcji dobiegł końca, zostały mi dwa zdjęcia.

Spokojny krajobraz nad Wisłą na warszawskiej Białołęce z elementami natury i zabudowy.

Jeden z dwóch kadrów, które zostały po selekcji zdjęć z krótkiego spaceru wzdłuż Wisły.

Nie byłem tym ani zaskoczony, ani rozczarowany. Raczej utwierdziłem się w czymś, co obserwuję u siebie od pewnego czasu. Mój ostateczny „utarg” bardzo często kręci się właśnie w okolicach dwóch procent. Gdy po spacerze w Nieporęcie wybierałem zdjęcia do tamtego tekstu, z 340 kadrów zostało 6. To znowu niecałe dwa procent. Oczywiście u każdego będzie to wyglądało trochę inaczej, bo inaczej fotografuje się sport, inaczej krajobraz, inaczej codzienność, a jeszcze inaczej pracuje się później z materiałem. Nie przywiązuję się więc do samej liczby. Interesuje mnie raczej to, co ona mówi o całym procesie.

Im dłużej fotografuję, tym mocniej widzę, że selekcja zdjęć nie jest opcjonalnym dodatkiem do fotografii, tylko jedną z jej najważniejszych części. Być może nawet najważniejszą. To nie moment naciśnięcia spustu migawki ostatecznie decyduje o tym, kim jesteśmy jako fotografowie, ale to, co zrobimy później z materiałem, który przywieziemy do domu.

Styl fotograficzny rodzi się podczas selekcji

Często myślimy o stylu fotograficznym jak o czymś, co przychodzi z czasem samo. Wystarczy podobno odpowiednio długo fotografować, a po pewnym czasie nasze zdjęcia zaczynają nabierać rozpoznawalnego charakteru. Ja coraz mniej w to wierzę. Samo robienie zdjęć to za mało. Styl zaczyna być naprawdę widoczny dopiero wtedy, kiedy raz po raz decydujemy, co zostaje, a co odpada.

To właśnie podczas selekcji zaczyna być widać, co naprawdę jest dla nas ważne. Jednego fotografa będą przyciągały mocne, kontrastowe sceny i wyrazisty moment. Ktoś inny zostawi kadry cichsze, bardziej nieoczywiste, oparte na świetle, rytmie albo detalu. U mnie bardzo często zostają zdjęcia, w których spotykają się natura i coś stworzonego przez człowieka, na przykład budynek, fragment konstrukcji albo inny ślad obecności człowieka. Do tego dochodzi spokojna kompozycja i miękkie, naturalne światło. Kiedy patrzę na materiał po spacerze, to właśnie te cechy sprawiają, że zaczynam rozpoznawać, które zdjęcia są naprawdę moje.

Minimalistyczny kadr z miękkim światłem, łączący naturę i element stworzonej przez człowieka przestrzeni.

To właśnie takie zdjęcia najczęściej zostają u mnie po selekcji.

Selekcja jest więc czymś więcej niż technicznym porządkowaniem plików. To akt wyboru, a przez to również akt rezygnacji. W tym sensie budowanie stylu polega nie tylko na robieniu zdjęć, ale też na odrzucaniu tych, które do naszego sposobu patrzenia nie pasują. Czasem będzie to zdjęcie obiektywnie dobre, poprawne, może nawet efektowne, ale jeśli nie niesie tego, co chcemy pokazywać, nie ma większego znaczenia. Dobre zdjęcie może po prostu dobrze wyglądać. Ważne zdjęcie zostaje w naszych głowach dłużej i uruchamia coś więcej niż tylko szybki wystrzał dopaminy. Problem w tym, że to, co dziś uznajemy za ważne, nie musi wcale pozostać ważne na zawsze.

Dzieje się tak dlatego, że styl fotograficzny nie jest czymś stałym, tak samo jak my sami. Zmieniamy się, dojrzewamy, inaczej patrzymy na świat, a wraz z tym zmienia się też to, co uznajemy za warte zachowania. Zdjęcie, które rok temu bardzo by mi się podobało, dziś może nie wzbudzić we mnie niczego. I odwrotnie, kadr kiedyś odrzucony może po czasie nagle zacząć działać.

Mój proces selekcji zdjęć

Sam pracuję dość intuicyjnie i nie używam żadnego rozbudowanego systemu gwiazdek, flag czy kolorów. RAW-y zgrywam na iPada, bo po prostu tak jest mi wygodniej. Lubię oglądać i edytować zdjęcia na tablecie bardziej niż na ekranie komputera, a dodatkowo mogę zabrać go ze sobą wszędzie. Cały proces selekcji i edycji trwa zwykle kilka godzin, choć z przerwami rozciąga się na kilka dni.

Najpierw daję zdjęciom trochę odetchnąć. Staram się nie zaglądać do nich od razu po powrocie, bo emocje po spacerze są jeszcze zbyt świeże. Zbyt dobrze pamiętam światło, miejsce, pogodę i sam moment zrobienia kadru, a to potrafi zaburzyć ocenę. Kiedy już siadam do selekcji, pierwszy etap jest najprostszy. Odrzucam zdjęcia technicznie słabe, poruszone, nietrafione, niepotrzebnie przepalone albo takie, co do których od razu widzę, że do niczego się nie przydadzą. Tutaj znika spora część materiału i bardzo dobrze, bo nie widzę sensu w tworzeniu elektronicznych śmieci, które tylko zajmują miejsce na dyskach i w chmurze.

Później zaczyna się właściwa selekcja. Przeglądam podobne ujęcia i wyrzucam duplikaty, bo bardzo często robię kilka niemal takich samych kadrów, żeby mieć pewność, że wszystko jest ostre i ustawienia w aparacie są tam, gdzie powinny. To właśnie na tym etapie odpada najwięcej zdjęć. Nie dlatego, że są kiepskie, ale dlatego, że tylko wystarczy mi jedno ujęcie tej samej sceny. Zostają te kadry, w których najlepiej zagrała kompozycja, światło albo drobny detal.

Ekran iPhone'a z miniaturami zdjęć w Lightroomie podczas selekcji po spacerze fotograficznym.

Selekcja zaczyna się od odrzucania podobnych ujęć i zdjęć, które nie mają w sobie dość siły.

Kiedy materiał jest już mocno przebrany, zaczynam go lekko edytować. Nakładam swój standardowy preset, robię podstawowe korekty ekspozycji i przyglądam się zdjęciom uważniej. Wtedy często okazuje się, że niepozorny kadr nagle zaczyna mieć charakter. Czasem zdjęcie, które w kolorze wydawało się przeciętne, po przejściu do czerni i bieli pokazuje pazur. Innym razem sytuacja jest odwrotna. Na tym etapie kieruję się głównie emocjami i intuicją, bo to już nie jest moment na chłodne porównywanie technicznych parametrów, tylko na próbę uchwycenia tego, co w danym zdjęciu naprawdę mnie porusza.

Potem przychodzi czas na dokładniejszą edycję i na przyjrzenie się zdjęciom z bliska. Korzystam z masek, dopracowuję światło, próbuję wydobyć to, co w kadrze najważniejsze, ale jednocześnie bardzo pilnuję, żeby nie poprawiać na siłę zdjęcia, które od początku nie miało wystarczająco mocnego fundamentu. To właśnie tutaj najłatwiej oszukać samego siebie, bo można uwierzyć, że mocna edycja uratuje przeciętny kadr, ale praktycznie nigdy się tak nie dzieje.

Zdjęcie na ekranie to nie to samo co zdjęcie w druku

Jednym z najciekawszych etapów całego procesu jest dla mnie wydruk. Lubię wydrukować zdjęcia, które dotrwały do końcówki, a potem rozłożyć je na podłodze albo na kanapie i po prostu z nimi pobyć. To doświadczenie bardzo różni się od oglądania zdjęć na monitorze czy tablecie. W druku inaczej odbiera się skalę, fakturę, relacje między obrazami, ale przede wszystkim inaczej odbiera się samo światło. Ekran świeci, wydruk nie. To zmienia naprawdę dużo.

Wydrukowane fotografie rozłożone na podłodze podczas końcowej selekcji zdjęć.

Dopiero w druku część zdjęć pokazuje, czy naprawdę działa.

Zdarzało mi się już nieraz, że zdjęcie, które na ekranie wydawało się świetne, w druku nagle traciło siłę. Bywa też odwrotnie. Kadr z pozoru skromny zaczyna w papierze oddychać i okazuje się znacznie lepszy, niż myślałem. Mam wrażenie, że drukowanie zdjęć naprawdę rozwija oko, bo zmusza do wolniejszego patrzenia i wyrywa z tego szybkiego, cyfrowego konsumowania obrazów.

Nie każde dobre zdjęcie musi trafić do portfolio

Z czasem nauczyłem się też rozróżniać selekcję w zależności od celu. Inaczej wybieram zdjęcia do portfolio, inaczej do wpisu na blogu, inaczej do relacji z wyjazdu czy krótszej publikacji. Portfolio wymaga bezwzględności, bo to właśnie tam najłatwiej rozmyć własny styl zbyt szerokim wyborem. Blog daje większą swobodę. Tutaj zdjęcie nie zawsze musi bronić się całkowicie samo, bo często działa w połączeniu z tekstem, miejscem albo historią. Właśnie dlatego nie wyrzucam wszystkiego. Zwykle zachowuję końcowe dziesięć procent materiału, bo wiem, że część tych kadrów może jeszcze się do czegoś przydać.

Od czasu do czasu przeglądam swoją bibliotekę w Lightroomie i zdarza mi się odnaleźć zdjęcia, które kiedyś skreśliłem zbyt wcześnie. To dla mnie dobra lekcja pokory. Z jednej strony warto być surowym, z drugiej nie warto udawać, że nasz osąd jest zawsze ostateczny.

Im dłużej fotografuję, tym bardziej widzę, że do selekcji też trzeba dojrzeć. Na początku łatwo trzymać się każdego kadru trochę na wyrost, a z czasem coraz lepiej rozumie się, że odrzucanie zdjęć nie jest stratą, tylko częścią procesu.

Selekcja to dalszy ciąg tworzenia

Niski procent keeperów nie oznacza słabej sesji ani słabego fotografa. Tak naprawdę nie mówi prawie nic, dopóki nie zobaczymy tego, co zostało na końcu. Można wrócić do domu z setką zdjęć i nie mieć ani jednego, które naprawdę warto pokazać. Można też wrócić z dwoma kadrami, które niosą w sobie wszystko, co było do powiedzenia.

Dlatego nie boję się kasować kiepskich zdjęć. I tak nikt nigdy nie będzie ich oglądał. Znacznie bardziej interesuje mnie to, czy potrafię uczciwie rozpoznać, które kadry są tylko poprawne, a które naprawdę mają znaczenie. Selekcja nie jest dla mnie smutnym obowiązkiem po spacerze, ale dalszym ciągiem fotografowania. To właśnie wtedy obraz zaczyna nabierać ostatecznego kształtu.

Finalny kadr wybrany po selekcji zdjęć ze spaceru fotograficznego.

Nie liczy się to, ile zdjęć zostaje, tylko czy te, które zostają, naprawdę coś znaczą.

Jeśli nigdy wcześniej nie przykładałeś do tego większej wagi, spróbuj bardzo prostego ćwiczenia. Po najbliższym fotografowaniu odrzuć połowę zdjęć. Następnego dnia wróć do tego, co zostało, i odrzuć kolejną połowę. Powtarzaj to tak długo, aż dojdziesz do momentu, w którym naprawdę nie będziesz umiał wyrzucić już ani jednego kadru. Nawet jeśli nie dojdziesz do swoich dwóch procent, bardzo możliwe, że po raz pierwszy zobaczysz wyraźnie, co tak naprawdę chcesz pokazywać.

Jeśli temat świadomego podejścia do fotografii jest Ci bliski, to w tekście 10 rzeczy o fotografii, które chciałbym wiedzieć na początku zebrałem inne rzeczy, które z czasem okazały się dla mnie naprawdę ważne. Powyższy wpis o selekcji można potraktować jako rozwinięcie jednego z tamtych punktów.

Next
Next

10 rzeczy o fotografii, które chciałbym wiedzieć na początku