10 rzeczy o fotografii, które chciałbym wiedzieć na początku

spokojny krajobraz nad wodą w miękkim świetle poranka

Spacer bez konkretnego planu często prowadzi do najlepszych zdjęć.

  • Tak — ale nie przez ustawienia aparatu, tylko przez zmianę sposobu patrzenia i podejmowania decyzji.

  • Tak — głównie dotyczące światła, selekcji, edycji i podejścia do fotografii jako procesu.

  • Nie — i jeśli tego szukasz, to prawdopodobnie nie jest to artykuł dla Ciebie.

  • Nie — raczej zbiór rzeczy, które zrozumiałem za późno i które mogą Ci oszczędzić trochę czasu.

Fotografią zajmuję się hobbystycznie od ponad 15 lat i przez ten czas zdążyłem przejść przez bardzo różne etapy — od fascynacji sprzętem, przez próby na siłę znalezienia własnego stylu, aż po momenty zwątpienia, w których miałem wrażenie, że tak naprawdę niczego nie rozumiem i stoję w miejscu.

Co ciekawe, to uczucie wcale nie zniknęło, tylko zmieniło swój charakter, bo dziś wynika raczej z rosnącej świadomości niż z braku wiedzy — im więcej widzę i rozumiem, tym bardziej zdaję sobie sprawę z tego, ile jeszcze przede mną, co momentami przypomina klasyczny impostor syndrome, który pewnie zna większość osób zajmujących się czymkolwiek kreatywnym.

Dopiero stosunkowo niedawno zacząłem rozumieć, co w fotografii jest dla mnie naprawdę istotne, dlatego patrząc wstecz widzę wyraźnie, że jest kilka rzeczy, które bardzo chciałbym usłyszeć na początku swojej drogi żeby uniknąć kilku błędnych założeń, które potrafią skutecznie spowolnić rozwój.

Światło to fundament, a nie jeden z elementów

miękkie światło poranka nad wodą fotografia krajobrazowa

To samo miejsce w innym świetle potrafi wyglądać jak zupełnie inna historia.

Na początku traktowałem światło jako coś oczywistego, co po prostu zastaję i do czego muszę się dostosować, przez co bardzo długo fotografowałem bez większej refleksji nad tym, jak ogromny wpływ ma ono na charakter zdjęcia.

Dopiero z czasem zacząłem zauważać, że to właśnie światło jest głównym nośnikiem nastroju, ponieważ miękkie, rozproszone światło o poranku pozwala budować spokojne, wyciszone kadry, które są mi dziś szczególnie bliskie, podczas gdy ostre światło w środku dnia wprowadza zupełnie inną energię, często bardziej dynamiczną i kontrastową.

To uświadomienie zmieniło sposób, w jaki podchodzę do fotografii, bo przestałem myśleć w kategorii „czy coś warto sfotografować”, a zacząłem myśleć „czy światło w tym momencie pozwala mi pokazać to tak, jak chcę”, co w praktyce oznacza również to, że czasami po prostu odpuszczam zdjęcie i wracam przy dogodniejszych warunkach.

Sprzęt ma znaczenie, ale nie w taki sposób, jak Ci się wydaje

kompaktowy aparat fotograficzny używany podczas spaceru

Najlepszy aparat to ten, który faktycznie zabierasz ze sobą.

Przez długi czas byłem przekonany, że lepszy sprzęt oznacza lepsze zdjęcia, dlatego naturalnym kierunkiem było szukanie coraz lepszych aparatów i obiektywów, co z perspektywy czasu okazało się dość oczywistą pułapką.

Miałem w rękach aparaty, które były technicznie świetne, ale jednocześnie na tyle duże i rzucające się w oczy, że nie miałem ochoty zabierać ich ze sobą na codzienne spacery, a dodatkowo samo fotografowanie w przestrzeni miejskiej z dużym aparatem sprawiało, że czułem się zwyczajnie niekomfortowo, bo przyciągałem uwagę przechodniów, czego nigdy nie lubiłem. Zwracanie na siebie uwagi gdy probuje się skupić to ostatnia rzecz, której chcę.

Dopiero moment, w którym trafiłem na aparat, który jest kompaktowy, intuicyjny i sprawia, że chce mi się go używać, był dla mnie przełomowy, ponieważ zrozumiałem, że sprzęt ma znaczenie tylko wtedy, gdy realnie wpływa na to, czy w ogóle fotografujesz.

Z tej perspektywy większość aparatów z ostatnich kilku lat jest więcej niż wystarczająca pod kątem parametrów i jakości obrazu, a jeśli chcesz podejść do tematu bardziej praktycznie, to zapraszam do mojego tekstu o kieszonkowym aparacie.

Fotografia to przede wszystkim selekcja

Odrzucanie zdjęć to część procesu fotograficznego

Z setek zdjęć zostaje kilka. To część procesu.

Jednym z najważniejszych i jednocześnie najbardziej niedocenianych elementów fotografii jest selekcja, bo to właśnie na tym etapie powstaje ostateczny obraz Twojej pracy. Ludzie oceniają Cię po tym co ostatecznie zobaczą, a nie po tysiącach przeciętnych zdjęć, które zrobiłeś podczas swojej twórczej podróży.

Mój proces jest dość rozbudowany i zaczyna się od bardzo prostej rzeczy — daję sobie czas i nie zaglądam do zdjęć od razu po powrocie, dzięki czemu jestem w stanie spojrzeć na nie z większym dystansem, a nie przez pryzmat emocji z danego miejsca.

Następnie przechodzę przez kilka etapów selekcji, zaczynając od odrzucenia zdjęć technicznie słabych, potem zawężając podobne ujęcia do jednego lub dwóch kadrów, aż w końcu dochodząc do momentu, w którym zostaje kilkanaście zdjęć i zaczyna się najtrudniejszy etap — odrzucanie rzeczy, które są dobre, ale nie są wystarczająco dobre lub takich, które nie przyczyniają się do przekazania historii, którą chcę opowiedzieć.

Warto też dodać, że selekcja nie kończy się na wyborze zdjęć — bardzo często jest ściśle powiązana z edycją. Zdarza mi się wrócić do wcześniej odrzuconego kadru po zmianie obróbki i nagle zobaczyć w nim coś, czego wcześniej nie dostrzegałem, co pokazuje, jak bardzo te dwa etapy są ze sobą splecione.

Właśnie ten moment jest najbardziej wymagający, bo wiąże się z poczuciem straty, ale jednocześnie to on decyduje o jakości końcowego efektu, co bardzo dobrze widać na przykładzie mojego ostatniego spaceru w Nieporęcie, gdzie z ponad 300 zdjęć zostało ostatecznie 6, co opisałem w tekście To zdjęcia mogą poczekać – Nieporęt.

Styl pojawia się wtedy, kiedy przestajesz go kontrolować

Jednym z moich największych błędów na początku było przekonanie, że powinienem świadomie budować swój styl, co prowadziło do prób naśladowania konkretnych twórców i trzymania się określonych schematów.

Przez jakiś czas próbowałem na przykład fotografować w estetyce inspirowanej Adrianem Vilą, tworząc czarno-białe, minimalistyczne kadry w kwadratowym formacie, co z jednej strony było ciekawym doświadczeniem, ale z drugiej zaczęło mnie ograniczać, bo zamiast reagować na to, co widzę, próbowałem dopasować rzeczywistość do narzuconego stylu.

Z czasem zrozumiałem, że styl nie jest czymś, co można zaplanować, tylko czymś, co wyłania się naturalnie z powtarzalnych wyborów — tego, co fotografujesz, co odrzucasz i jak postrzegasz świat.

Edycja to sposób opowiadania, nie korekta

zdjęcie po edycji z miękką kolorystyką i stonowanym światłem

To samo zdjęcie może opowiadać zupełnie inną historię w zależności od obróbki.

Na początku traktowałem edycję jako dodatek, coś co ma poprawić zdjęcie, natomiast z czasem zacząłem dostrzegać, że sposób obróbki ma ogromny wpływ na to, jak odbierany jest obraz.

Zmiana mojego podejścia była dość wyraźna, bo z kontrastowych, ostrych i nasyconych zdjęć przeszedłem w stronę bardziej miękkich, stonowanych kolorów, co jednocześnie zmieniło klimat moich fotografii i to, jakie emocje są w nich obecne.

To doświadczenie pokazało mi, że edycja nie jest technicznym etapem procesu, tylko jego integralną częścią, która pozwala wzmocnić to, co chcę przekazać.

Co więcej, edycja bardzo często wpływa na to, jak postrzegasz swoje zdjęcia w procesie selekcji — ten sam kadr może wydawać się przeciętny w surowej formie, a po odpowiedniej obróbce nagle zaczyna mieć sens i wpisywać się w spójną całość.

Dlatego z czasem przestałem traktować edycję jako “obowiązek” po powrocie z sesji się, a zacząłem widzieć ją jako część całego procesu fotograficznego, która ma realny wpływ na to, co ostatecznie uznajesz za warte pokazania.

Oko rozwija się poza wizjerem aparatu

Fotografowanie jest oczywiście kluczowe, ale bez kontaktu ze sztuką rozwój jest znacznie wolniejszy, bo nie masz punktu odniesienia i bardzo łatwo zamknąć się we własnych przyzwyczajeniach, uznając je za coś naturalnego albo ostatecznego.

Dopiero z czasem zacząłem świadomie analizować prace innych twórców, oglądając nie tylko pojedyncze zdjęcia, ale całe serie, książki fotograficzne, strony internetowe i materiały na YouTubie, a potem zastanawiając się, co właściwie sprawia, że dany kadr przyciąga moją uwagę i zostaje mi w głowie na dłużej.

To był dla mnie ważny moment, bo zrozumiałem, że oglądanie cudzej fotografii może być równie rozwijające jak robienie własnej, o ile nie kończy się na bezmyślnym scrollowaniu, tylko prowadzi do realnej analizy, czyli pytania o światło, kompozycję, rytm, nastrój, dystans do fotografowanego obiektu czy sposób prowadzenia całej serii.

W moim przypadku duży wpływ miały bardzo różne osoby, między innymi James Popsys, Adrian Vila czy Michael Kenna, i właśnie ta różnorodność jest chyba najciekawsza, bo pokazuje, że własnej wrażliwości nie buduje się z jednego źródła, tylko z wielu drobnych wpływów, które z czasem zaczynają układać się w coś własnego.

Dobrze oddaje to podejście koncepcja opisana w książce Steal Like an Artist, ponieważ nie chodzi o kopiowanie czyjejś pracy jeden do jednego, ale o to, żeby pozwolić sobie brać od innych to, co naprawdę do nas przemawia, a następnie przepuszczać to przez własne doświadczenie, temperament i sposób patrzenia.

Druk pozwala zobaczyć zdjęcie inaczej

wydrukowane fotografie ułożone na stole

Zdjęcie na papierze działa inaczej niż na ekranie.

Drukowanie zdjęć jest jednym z tych elementów, które długo ignorowałem, a które okazały się zaskakująco istotne, zwłaszcza wtedy, gdy zacząłem bardziej świadomie myśleć o selekcji i o tym, jak poszczególne kadry działają nie pojedynczo, ale obok siebie.

Nie potrafię tego do końca technicznie wyjaśnić, ale zdjęcie oglądane na ekranie i to samo zdjęcie w formie fizycznej po prostu odbiera się inaczej, przez co wielokrotnie zdarzało mi się zmieniać zdanie na temat danego kadru dopiero po jego wydrukowaniu, bo nagle okazywało się, że kompozycja, która na monitorze wydawała się sensowna, na papierze zaczyna wyglądać dużo słabiej.

Bywa też odwrotnie, bo niektóre zdjęcia dopiero w druku nabierają ciężaru i obecności, której wcześniej w ogóle w nich nie widziałem, a samo trzymanie ich w ręku sprawia, że przestają być tylko kolejnym plikiem w katalogu i zaczynają funkcjonować jako realny efekt pracy, do którego można wracać w inny sposób niż przez ekran.

To właśnie dlatego druk zacząłem traktować nie tylko jako miły finał procesu, ale jako jedno z narzędzi, ponieważ kiedy rozkładam przed sobą kilka odbitek, dużo łatwiej jest mi ocenić, które zdjęcia rzeczywiście mają sens, które się dublują, a które budują spójną narrację i prowadzą całość we właściwym kierunku.

Porównywanie się do innych to najprostsza droga do frustracji

Moment, w którym publikujesz zdjęcie, z którego jesteś naprawdę zadowolony, wkładasz w nie czas, uwagę i emocje, a potem okazuje się, że praktycznie nikt na nie nie reaguje, potrafi być bardzo demotywujący, zwłaszcza jeśli chwilę później widzisz, że znacznie prostsze treści zbierają wielokrotnie większe zasięgi.

To jest bardzo zdradliwy moment, bo łatwo wtedy pomyśleć, że problem leży w Twojej fotografii, że może zdjęcie nie było tak dobre, jak Ci się wydawało, albo że po prostu się do tego nie nadajesz, podczas gdy w rzeczywistości social media bardzo rzadko nagradzają jakość w prosty i sprawiedliwy sposób.

Z czasem zrozumiałem, że platformy tego typu nie są żadnym wiarygodnym miernikiem wartości zdjęcia, tylko środowiskiem rządzonym przez algorytmy, formaty, przyzwyczajenia odbiorców i czynniki, na które często nie masz żadnego wpływu, dlatego ocenianie swojej pracy wyłącznie przez pryzmat polubień jest po prostu szkodliwe.

To zresztą działa również w drugą stronę, bo zdjęcie może „siąść” w internecie z powodów, które nie mają nic wspólnego z jego realną siłą fotograficzną, więc uzależnianie poczucia własnej wartości od tego typu reakcji prowadzi wyłącznie do rozchwiania i chaosu.

Jedynym sensownym punktem odniesienia pozostaje dla mnie dziś własna fotografia sprzed miesięcy czy lat, bo dopiero wtedy widać, czy faktycznie widzisz więcej, selekcjonujesz lepiej i potrafisz opowiadać obrazem dojrzalej niż wcześniej. Dlatego olej social media jeśli zależy Ci na rozwoju jako artysta.

Zasady są tylko punktem wyjścia

Znajomość zasad jest potrzebna, ale tylko do momentu, w którym zaczynasz rozumieć, dlaczego one w ogóle działają, bo dopiero wtedy możesz świadomie od nich odchodzić, zamiast łamać je przypadkiem albo kurczowo się ich trzymać.

Przez długi czas miałem w głowie dość prosty zestaw przekonań o tym, jakie zdjęcie powinno być — ostre, kontrastowe, technicznie czyste i zgodne z tym, co powszechnie uznaje się za poprawne — ale z czasem zacząłem zauważać, że takie podejście bardzo łatwo zamienia fotografię w odtwarzanie schematów zamiast w realne patrzenie.

Dzisiaj znacznie bardziej interesują mnie kadry miękkie, mniej oczywiste, czasami nawet lekko niedoskonałe, jeśli tylko niosą ze sobą odpowiedni nastrój albo emocję, bo to właśnie one częściej zostają ze mną na dłużej niż zdjęcia, które są jedynie poprawne.

Dlatego coraz bliższa jest mi myśl, żeby podchodzić do fotografii z dziecięcą ciekawością, bo dziecko nie zna wszystkich zasad i właśnie dlatego potrafi patrzeć świeżo, bez uprzedzeń i bez potrzeby ciągłego sprawdzania, czy coś mieści się w wyuczonym wzorcu.

Nie chodzi oczywiście o to, żeby ignorować podstawy, ale o to, żeby nie stały się one klatką, z której później nie potrafimy wyjść.

Twórz dla siebie

Jednym z ważniejszych momentów w moim podejściu do fotografii było odejście od myślenia o niej przede wszystkim w kontekście publikacji, odbioru czy potencjalnej reakcji innych ludzi, ponieważ dopiero wtedy zacząłem naprawdę zwracać uwagę na to, co mnie zatrzymuje, a nie na to, co prawdopodobnie „dobrze się sprzeda” w mediach społecznościowych.

Przez długi czas bardzo łatwo było wpaść w myślenie kategoriami contentu, formatów i publikowalności, a to niemal automatycznie przesuwa punkt ciężkości z własnej wrażliwości na oczekiwania odbiorcy, przez co zaczynasz fotografować nie to, co rzeczywiście Cię porusza, ale to, co potencjalnie zostanie dobrze odebrane.

Dopiero kiedy udało mi się trochę od tego odciąć, przestałem kadrować pod Instagrama, przestałem myśleć o zdjęciu jak o poście i zacząłem znowu traktować fotografię jako coś bardziej osobistego, bardziej naturalnego i mniej podporządkowanego zewnętrznej ocenie.

Bardzo dobrze widzę to na przykładzie ostatniego spaceru w Nieporęcie, na który pojechałem bez konkretnej listy kadrów do odhaczenia, wiedząc jedynie mniej więcej, czego mogę się tam spodziewać, ale zostawiając sobie przestrzeń na reagowanie na miejsce, światło i to, co w danym momencie naprawdę przyciągnie moją uwagę.

To właśnie w takim podejściu powstały jedne z moich lepszych zdjęć, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że największą wartość ma fotografia, która wynika z autentycznej potrzeby patrzenia, a nie z potrzeby produkowania kolejnych treści na social media.








Patrząc na to wszystko widzę, że większość z tych rzeczy nie dotyczy techniki, tylko sposobu myślenia, który zmienia się znacznie wolniej, ale ma dużo większy wpływ na to, jak fotografujesz.

I być może to jest najważniejsza rzecz, którą sam zrozumiałem stosunkowo późno — fotografia nie zaczyna się od aparatu, tylko od uwagi, jaką jesteś w stanie poświęcić temu, co widzisz.

Dlatego zamiast szukać kolejnego sprzętu, idealnego stylu czy „lepszych” pomysłów, warto po prostu częściej wychodzić z aparatem i dawać sobie przestrzeń na obserwowanie, eksperymentowanie i popełnianie błędów, bo to właśnie z nich najczęściej wynika realny postęp.

Jeśli miałbym zostawić jedną rzecz na koniec, to byłoby to bardzo proste — fotografuj, nawet jeśli masz wrażenie, że nie wiesz co robisz, bo to uczucie najprawdopodobniej nigdy do końca nie zniknie, a mimo to (albo właśnie dlatego) warto iść dalej.

Next
Next

To zdjęcia mogą poczekać