To zdjęcia mogą poczekać
Poranek w Nieporęcie, chwilę po wschodzie słońca. Cisza i miękkie światło.
Tego dnia wstałem o 5:30, żeby wyjechać o 6 i być na miejscu maksymalnie o 6:30, podporządkowując cały poranek jednej rzeczy – światłu, które o tej porze roku potrafi być wyjątkowo miękkie, ale niestety krótkotrwałe. Zazwyczaj wczesne wstawanie nie przychodzi mi łatwo, ale ten wyjazd miałem zaplanowany od dłuższego czasu i dogadany z rodziną, więc obudziłem się podekscytowany jeszcze nawet przed budzikiem.
Z drugiej strony pojawiła się na chwilę znajoma wątpliwość, czy w ogóle ma to sens, bo plaża w Nieporęcie jest niewielka, a samo molo szału nie robi, więc z tyłu głowy miałem myśl, że mogę pojechać na darmo i nie znaleźć niczego, co zatrzyma mnie na dłużej.
Światło, które robi całą robotę
Dla takich widoków warto wstawać o 5 rano :)
Na miejscu było jednak dokładnie tak, jak liczyłem, a może nawet lepiej, bo nad wodą unosiła się delikatna mgła, temperatura oscylowała wokół dwóch stopni na plusie, a tafla wody była niemal idealnie spokojna. Na plaży nie było nikogo poza mną i jednym rowerzystą, który podczas wycieczki rowerowej zrobił sobie krótką przerwę na odpoczynek.
Pierwsze minuty potrzebowałem, żeby się „rozgrzać”, bo słońce było jeszcze bardzo nisko i dopiero zaczynało przebijać się ponad horyzont, a ja przez chwilę eksperymentowałem z fotografowaniem pod światło, nie do końca wiedząc, jak ten efekt przełoży się na zdjęcia. W pewnym momencie światło zaczęło jednak pracować na moją korzyść i kadry zaczęły pojawiać się niemal same, jakby wystarczyło tylko podnieść aparat i nie przeszkadzać.
Molo i jego okolice okazały się zaskakująco fotogeniczne, a brak ludzi sprawił, że ptaki zupełnie nie bały się podpływać blisko brzegu, więc kaczki i łabędzie stały się naturalnym elementem scen, które próbowałem uchwycić.
Tylko ja, natura i aparat.
Moment zawahania
Po spacerze wzdłuż molo wróciłem do samochodu i podjechałem jeszcze kawałek dalej, w stronę portu licząc na kolejne marynistyczne kadry. Kiedy dotarłem na miejsce, skierowałem się w stronę bramki, przez którą kiedyś przechodziłem, ale tym razem była zamknięta.
Miejsca, które na pierwszy rzut oka wyglądają zwyczajnie, często działają najlepiej w odpowiednim świetle.
Mają wątpliwość wzmocnił fakt, że była to sobota Wielkanocna i pomyślałem, że port jest po prostu zamknięty. To był krótki moment, dosłownie chwila, ale wystarczyła, żeby pojawiła się myśl, że na tym etapie będę musiał odpuścić i zawrócić, mimo że miałem już kilka dobrych zdjęć zrobionych przy molo to bardzo liczyłem właśnie na ten fragment spaceru. Gdybym nie zauważył wejścia z drugiej strony, prawdopodobnie tak by się to skończyło.
Na szczęście kawałek dalej znalazłem wjazd na oficjalny, płatny parking z otwartą bramą, a rozmowa ze stróżem potwierdziła, że port jest otwarty i mogę tam normalnie wejść, co momentalnie zmieniło mój nastrój i pozwoliło kontynuować spacer.
Miejsce, które zatrzymuje na dłużej
Moment zatrzymania — bez aparatu w ręku, bez pośpiechu.
Spacerując wzdłuż portu dotarłem do miejsca, które wcześniej wypatrzyłem na etapie „scoutingu” – zatopionej barki porośniętej drzewami. Na papierze to brzmi jak gotowy „pewniak”, kadr, który sam się robi, ale na miejscu okazało się, że jest bardzo trudny do sfotografowania w ciekawy sposób.
Zatrzymałem się tam na chwilę, bardziej z ciekawości niż z potrzeby fotografowania, i zamiast szukać ujęcia, usiadłem na ławce na końcu barki, skąd widać całą zatokę portową. Zjadłem śniadanie, popatrzyłem na wodę i pozwoliłem sobie odpuścić – bez presji, że „muszę coś stąd wywieźć”.
Dopiero później wróciłem do fotografowania, już bez oczekiwań, „polując” obiektywem na łabędzie i łapiąc kolejne kadry wzdłuż brzegu. Paradoksalnie to właśnie wtedy zaczęły pojawiać się zdjęcia, które ostatecznie zostały ze mną.
Nasiona
Mimo tego, że warunki były bardzo dobre i wracałem z poczuciem, że zebrałem sporo naprawdę fajnych ujęć, nie sprawdziłem zdjęć ani na miejscu, ani po powrocie do domu. Co więcej, ten tekst powstał zanim zgrałem jeszcze jakiekolwiek zdjęcia. Pokusa była, zwłaszcza że jedno czy dwa ujęcia podejrzałem na ekranie aparatu tylko po to, żeby upewnić się, że nie prześwietliłem sceny, ale przez większość czasu świadomie powstrzymywałem się od patrzenia na ekran.
Od pewnego czasu traktuję samo fotografowanie jako moment zbierania „nasion”, nawiązując do podejścia opisanego przez Ricka Rubina w książce "The Creative Act", gdzie najważniejsze jest wychwycenie tego, co przyciąga uwagę w danym momencie, bez natychmiastowej potrzeby oceny. Zdjęcia zostają na karcie pamięci przez tydzień, dwa, a czasem nawet miesiąc, bo dopiero wtedy mam szansę spojrzeć na nie chłodnym okiem i oddzielić emocje związane z miejscem od realnej wartości zapisanego obrazu.
To podejście zmienia też sposób fotografowania, bo przestaję myśleć o pojedynczym ujęciu jako o czymś, co musi „zadziałać” tu i teraz, a zaczynam traktować je jako materiał, który dopiero później może nabrać znaczenia. Podobny wątek pojawił się już u mnie przy okazji rozważań o tym, dlaczego warto sięgnąć po prostszy sprzęt i skupić się na samym fotografowaniu, bo często to nie aparat jest problemem, tylko sposób, w jaki podchodzimy do samego procesu.
Proste formy i spokojna woda — mniej znaczy więcej.
Zaufaj procesowi
Wracając do domu miałem poczucie dobrze wykorzystanego poranka i jednocześnie bardzo wyraźną walkę z samym sobą, czy nie zgrać zdjęć od razu na tablet i nie sprawdzić, co właściwie przywiozłem z tego spaceru. Bardzo chciałem podążyć za tym poczuciem ekscytacji, które towarzyszyło mi od samego rana.
Paradoksalnie okazało się, że znacznie łatwiej było wstać o 5:30 niż nie obejrzeć zdjęć po powrocie, bo to właśnie ten drugi etap wymaga większej dyscypliny i zaufania do procesu.
Ten spacer był więc mniej o samych zdjęciach, a bardziej o doświadczeniu – o poranku nad Zalewem Zegrzyńskim, o ciszy, o pracy ze światłem i o świadomym odpuszczeniu natychmiastowej gratyfikacji na rzecz czegoś, co ma szansę wybrzmieć dopiero za jakiś czas. I może właśnie dlatego coraz częściej dochodzę do wniosku, że nie zawsze trzeba robić więcej zdjęć — czasem wystarczy robić je uważniej.
FAQ
-
Ten spacer fotografowałem Fujifilm X100VI, co dobrze wpisuje się w mój sposób pracy — lekko, bez zbędnego sprzętu i z możliwością szybkiego reagowania na to, co dzieje się wokół.
-
Chodzi o odsunięcie emocji od procesu selekcji. Bez tego łatwo zostawić zdjęcia, które „czuję”, zamiast tych, które faktycznie działają wizualnie.
-
Tak, ale pod warunkiem, że trafisz na dobre światło i pustą przestrzeń. To miejsce działa najlepiej wtedy, kiedy jest spokojne i nieprzeładowane ludźmi.
-
Nie zawsze, ale jeśli zależy Ci na miękkim świetle i atmosferze, to poranek daje przewagę, której nie da się odtworzyć w ciągu dnia.