AI zrobiło ze mnie lepszego fotografa

Biurko z fotoksiążką podczas analizy zdjęć.

AI nie zrobiło za mnie zdjęć. Pomogło mi tylko uporządkować to, co sam zobaczyłem.

No to pojechałem tytułem z grubej rury i jeśli kliknąłeś tylko po to, żeby mnie zjechać i wyśmiać, to śmiało. Ale spróbuj dać mi chwilę, aby wyjaśnić, co mam na myśli.

Skąd ten hejt na AI

AI budzi skrajne opinie, najczęściej w komentarzach na social media są to opinie negatywne. I jest to zrozumiałe, wszyscy wiedzą, że AI niczego nie tworzy, że tylko kradnie zawartość stworzoną przez innych. I z jednej strony trudno się z tym nie zgodzić, z drugiej strony natura człowieka sprawia, że bardzo łatwo okopujemy się po którejś stronie, bo tak i już. Tutaj działa podobny mechanizm jak z polityką — pewne przekonania są w nas tak głęboko zakorzenione, że nawet nie próbujemy ich podważać czy weryfikować. Każdy z nas obraca się w jakimś środowisku, które tworzy tzw. echo chamber — wszyscy w danej społeczności mają podobne przekonania i wspólnie twierdzą, że ich punkt widzenia jest jedynym słusznym. Wewnątrz grupy oczywiście są różne odstępstwa i każdy ma swój własny głos, ale często jest on zagłuszany przez innych, głośniejszych.

AI w sztuce

Największe kontrowersje budzi chyba jednak AI w kreatywnych zawodach. Nikt nie chce oglądać zdjęć czy filmów generowanych przez AI, nikt nie chce słuchać muzyki stworzonej przez AI, łącznie ze mną. I tutaj mała dygresja, bo mimo że wydaje się to oczywiste, to jednak te materiały znajdują wielu odbiorców. Dzisiaj oglądałem film na YT, w którym autor twierdził, że 50% wszystkich treści generowanych na YouTubie w tym momencie jest stworzone przez AI! Czyli jednak ktoś to musi oglądać, pytanie tylko, czy świadomie. Ale to tylko taka mała dygresja.

I właśnie dlatego warto bardzo wyraźnie oddzielić od siebie dwie rzeczy. Czym innym jest używanie AI jako maszyny do produkowania obrazków, muzyki czy tekstów, które mają udawać czyjąś twórczość, a czym innym używanie jej jako narzędzia do porządkowania własnych myśli, notatek, obserwacji i wniosków. W tym pierwszym przypadku łatwo wchodzimy w obszar zastępowania autora. W drugim AI nie tworzy za nas sztuki, tylko pomaga nam lepiej zrozumieć to, co sami już zobaczyliśmy, poczuliśmy i nazwaliśmy, choć często jeszcze nie do końca precyzyjnie.

Czy AI ma miejsce w procesie fotograficznym

No i tutaj przechodzimy do sedna dzisiejszego wpisu. Nie tak dawno pisałem o zaletach studiowania fotoksiążek. Przeprowadziłem więc eksperyment i użyłem AI do pomocy w analizowaniu fotoksiążki jednego z moich ulubionych współczesnych fotografów — Jamesa Popsysa — zatytułowanej Human Nature.

Punktem wyjścia nie było AI, tylko uważne oglądanie zdjęć innych autorów i próba nazwania własnych reakcji.

Użyłem ChatGPT i mój proces wyglądał następująco:

  • Każde zdjęcie analizowałem na tyle wnikliwie, na ile było to możliwe.

  • Swoje przemyślenia i spostrzeżenia przekazywałem do Chata w formie głosowej, aby przyspieszyć proces.

  • Każde zdjęcie skategoryzowałem w 3-stopniowej skali — słabe, średniak, dobre.

Po ponad 120 kadrach w książce Jamesa miałem ogromną bazę danych do dalszej analizy. A modele językowe, takie jak ChatGPT, radzą sobie fantastycznie z analizą i agregacją danych. Dzięki tej analizie łatwiej było mi zwerbalizować, co mnie porusza w fotografii Jamesa Popsysa, oraz mogłem wreszcie nazwać konkretnie, co chcę robić we własnej fotografii. Może to się wydawać trywialne, ale to, co czujemy, naszą wrażliwość i język wizualny wcale nie jest tak łatwo rozpisać w punktach na kartce papieru. AI jest narzędziem, które może nam w tym pomóc.

Co ważne, ChatGPT nie oceniał za mnie zdjęć i nie mówił mi, które kadry są dobre, a które słabe. To ja patrzyłem na każde zdjęcie, to ja mówiłem, co mnie w nim zatrzymuje, co wydaje mi się zbyt oczywiste, gdzie widzę napięcie między człowiekiem a krajobrazem, a gdzie obraz przechodzi obok mnie bez większego śladu. AI było w tym procesie bardziej cierpliwym notatnikiem i analitykiem niż twórcą. Zamiast zastępować mój gust, pomogło mi zobaczyć, że ten gust ma pewne powtarzalne cechy.

Oczywiście to samo ćwiczenie mógłbym wykonać z długopisem i notesem, opisując każde zdjęcie, później może stworzyć jakiegoś Excela, posortować dane, pogrupować je i wtedy wyciągnąć jakieś konkretne wnioski. Tylko zajęłoby mi to pewnie wiele tygodni, a tak udało się ten proces znacznie przyspieszyć.

Czego dowiedziałem się o swojej fotografii

Po całym ćwiczeniu wykorzystałem zebrane dane i dowiedziałem się m.in., że moja ulubiona ogniskowa to przedział 35–50 mm, że lubię fotografię krajobrazową, w której ingerencja człowieka zmienia sposób, w jaki postrzegam daną przestrzeń, że lubię, jak te dwa elementy — krajobraz i obecność człowieka — kontrastują ze sobą, najlepiej w nieoczywisty, nieco zabawny sposób. To tylko niektóre z wniosków, które udało mi się zebrać.

Zauważyłem też, że znacznie częściej zatrzymują mnie zdjęcia, w których obecność człowieka nie jest podana wprost, tylko zostaje po nim jakiś ślad, konstrukcja, przedmiot, znak albo absurdalny detal w przestrzeni. Nie chodzi więc o klasyczny krajobraz, w którym wszystko jest ładnie ułożone i poprawne, ale raczej o takie kadry, w których natura i ludzka ingerencja trochę się ze sobą gryzą. Najbardziej interesujące były dla mnie obrazy, które na pierwszy rzut oka wyglądały spokojnie, ale po chwili zaczynało się w nich dziać coś dziwnego, zabawnego albo lekko niepokojącego.

Słabiej działały na mnie kadry zbyt oczywiste, zbyt pocztówkowe albo takie, w których cały pomysł kończył się na ładnym świetle i przyjemnej kompozycji. To też było dla mnie ważne odkrycie, bo łatwo powiedzieć, że lubi się dobre światło, prostotę i porządek w kadrze, ale dużo trudniej zauważyć, że sama estetyczna poprawność nie wystarcza, jeśli zdjęcie nie ma drugiej warstwy. Dopiero kiedy zobaczyłem te reakcje zebrane w jednym miejscu, zacząłem lepiej rozumieć, dlaczego jedne fotografie zostają ze mną dłużej, a inne, mimo że formalnie są bardzo dobre, nie poruszają mnie prawie wcale.

Na koniec poprosiłem AI o sporządzenie jednostronicowej infografiki, którą mógłbym sobie wydrukować i wracać do niej jako referencji, np. podczas selekcji zdjęć, aby mieć pewność, że do portfolio trafią tylko najlepsze kadry. I właśnie tutaj ten eksperyment stał się dla mnie najbardziej praktyczny, bo z dość abstrakcyjnego ćwiczenia o patrzeniu na cudze zdjęcia powstało coś, co może realnie wpływać na moje decyzje przy własnym materiale.

Najbardziej praktycznym efektem całego ćwiczenia była prosta referencja, do której mogę wracać podczas selekcji własnych zdjęć.

Nie taki diabeł straszny

Moje zastosowanie AI na pewno nie jest standardowe, a przynajmniej nie słyszałem wcześniej, żeby ktoś tak próbował jej używać w kontekście fotografii. To ćwiczenie naprawdę dużo mi dało i dzięki niemu stałem się bardziej świadomym, a tym samym lepszym fotografem. Lepiej wiem i potrafię dokładniej nazwać to, co mnie porusza w fotografii. Jestem pewien, że jeszcze nie raz będę korzystał z AI do analizy fotoksiążek i też zachęcam Was do spróbowania tego ćwiczenia.

Nie dlatego, że AI ma za nas fotografować, wybierać zdjęcia czy decydować, co jest wartościowe. Raczej dlatego, że może pomóc nam uporządkować własne reakcje i zobaczyć wzory, których sami często nie dostrzegamy, bo są zbyt blisko nas. Dla mnie to jest zasadnicza różnica. Problemem nie jest samo narzędzie, tylko moment, w którym oddajemy mu autorstwo, odpowiedzialność i własny osąd. Jeśli AI nie zastępuje patrzenia, tylko pomaga lepiej zrozumieć, dlaczego patrzymy właśnie w taki sposób, to może być naprawdę użyteczne.

A czy ktoś z Was też używa AI w procesie okołofotograficznym? Jeśli tak, to chętnie usłyszę, w jaki sposób :)

Krajobraz z widocznym śladem ludzkiej obecności w spokojnej, minimalistycznej kompozycji.

Po tej analizie łatwiej mi zrozumieć, dlaczego wracam do takich scen

Previous
Previous

Rodos i świeże spojrzenie

Next
Next

Obiektywy ze zmienną ogniskową - używasz ich źle