Dlaczego warto kupować fotoksiążki
Fotoksiążki potrafią wyglądać dobrze na półce, ale ich prawdziwa wartość zaczyna się dopiero wtedy, gdy zaczynasz je studiować.
-
Tak, fotoksiążki uczą patrzenia i analizy zdjęć, co ma większy wpływ na rozwój niż większość akcesoriów około-fotograficznych.
-
Nie przeglądaj ich szybko. Analizuj kadry, zadawaj pytania i próbuj zrozumieć decyzje autora.
-
Nie do końca. Książka daje inne, wolniejsze i bardziej świadome doświadczenie obcowania z obrazem.
Fotoksiążka jako inwestycja
Przez długi czas słyszałem od różnych twórców na YouTubie, że jeśli naprawdę chce się rozwijać fotograficznie, to warto inwestować nie tylko w sprzęt, ale też w książki fotograficzne. Brzmiało to sensownie, ale przez jakiś czas traktowałem tę radę trochę po macoszemu. Ostatecznie zawsze wolałem wydać pieniądze na jakieś akcesoria około-fotograficzne, np filtr, pasek, torbę czy chociażby presety do Lightrooma. W końcu jednak zacząłem kupować fotoksiążki i z perspektywy czasu myślę, że była to jedna z lepszych decyzji, jakie podjąłem w kontekście własnej fotografii.
Nie chodzi mi oczywiście o inwestycję w znaczeniu finansowym, chociaż niektóre albumy potrafią z czasem zyskiwać na wartości i same w sobie bywają pięknymi przedmiotami. Chodzi raczej o inwestycję w sposób patrzenia, w rozwijanie wrażliwości i w budowanie własnego języka fotograficznego, czyli czegoś, czego nie da się kupić razem z nowym aparatem. Sprzęt może poprawić komfort pracy, dać lepszą jakość obrazu albo po prostu sprawić frajdę, ale nie nauczy nas automatycznie widzieć ciekawszych kadrów. Fotoksiążka też nie zrobi tego za nas, ale jeśli poświęcimy czas na jej dogłębną analizę, może nas do tego bardzo skutecznie popchnąć.
To nie jest tylko ładny przedmiot
Fotoksiążka może dobrze wyglądać na półce albo na stoliku w salonie, ale moim zdaniem jej prawdziwa wartość zaczyna się dopiero wtedy, kiedy przestajemy traktować ją jak album do szybkiego przekartkowania. Zdjęcia w książkach warto studiować, wracać do nich, zadawać sobie o nie pytania i próbować zrozumieć, dlaczego działają albo dlaczego nie działają na nas wcale. To jest zupełnie inny sposób obcowania z fotografią niż przewijanie obrazów na Instagramie, gdzie nawet bardzo dobre zdjęcie znika po sekundzie, bo za chwilę pojawia się kolejne, a potem jeszcze jedno, i zanim zdążymy naprawdę cokolwiek poczuć albo zrozumieć, jesteśmy już kilka swipów dalej.
Fotoksiążki warto oglądać powoli — jedno zdjęcie potrafi powiedzieć więcej niż cały feed na Instagramie.
Kiedy oglądam fotoksiążkę, staram się nie tylko stwierdzić, czy dane zdjęcie mi się podoba, ale też nazwać, dlaczego tak się dzieje. Zastanawiam się, czy działa tu kompozycja, światło, kolor, kontrast między głównym obiektem a resztą kadru, czy może sama scena, która stawia jakieś pytanie. Interesuje mnie, dlaczego fotograf stanął właśnie w tym miejscu, co zostawił poza kadrem, dlaczego wybrał taki moment, taki układ elementów i takie światło. To są pozornie proste pytania, ale im częściej je sobie zadaję, tym lepiej rozumiem nie tylko fotografie innych twórców, ale też własne zdjęcia.
Papier zmienia sposób patrzenia
Duże znaczenie ma dla mnie również sam fizyczny wymiar książki. Papier zachęca do zwolnienia, bo nie świeci prosto w oczy, nie konkuruje z powiadomieniami i nie podsuwa od razu kolejnych bodźców. Światło i kolor wyglądają na papierze inaczej niż na ekranie, bo książka nie ma wewnętrznego podświetlenia, tylko odbija światło z otoczenia, przez co zdjęcie staje się bardziej materialne i spokojniejsze. Do tego dochodzi zapach farby drukarskiej, faktura papieru, ciężar książki i świadomość, że obcujemy z czymś, co zostało zaprojektowane jako całość, a nie jako pojedynczy obraz wrzucony w nieskończony strumień treści.
Pisałem już przy okazji selekcji zdjęć, że odbitka albo wydruk potrafią brutalnie zweryfikować nasze zdjęcie, bo nagle patrzymy na nie inaczej niż na ekranie komputera. Z fotoksiążkami jest podobnie, tylko skala jest większa, bo oglądamy nie tylko pojedynczy kadr, ale też rytm całej publikacji, kolejność zdjęć, powracające motywy i sposób, w jaki autor prowadzi nas przez swój świat. Dzięki temu łatwiej zrozumieć, że dobre zdjęcie nie musi istnieć wyłącznie samo dla siebie, ale może być częścią większej opowieści, projektu albo konsekwentnie budowanego sposobu patrzenia.
Michael Kenna i lekcja ograniczeń
Jedną z pierwszych fotoksiążek, która dała mi dużo do myślenia, był album Michaela Kenny ze zdjęciami z Japonii. W tamtym czasie byłem też mocno zafascynowany twórczością Adriana Vili, więc naturalnie ciągnęło mnie w stronę czarno-białych, minimalistycznych krajobrazów, zamkniętych w kwadratowym kadrze, opartych na prostych kompozycjach, kontraście i bardzo spokojnym nastroju. W zdjęciach Kenny najbardziej uderzył mnie właśnie ten spokój, który wynikał z redukcji elementów w kadrze, z ciszy, z poziomych warstw lądu, morza i nieba.
To bardzo mocno rezonuje z moim charakterem, bo sam lubię zdjęcia spokojne, oszczędne i nieprzeładowane, ale po czasie okazało się, że próba wejścia dokładnie w taki język była dla mnie trochę ślepą uliczką. Ograniczenia w fotografii są świetnym narzędziem twórczym, bo zmuszają do myślenia i często pomagają zredukować nadmiar możliwości, ale działają najlepiej wtedy, kiedy wynikają z nas samych, a nie wtedy, kiedy bezrefleksyjnie przejmujemy je od innego twórcy. Mgła, kwadratowy format, czarno-biały minimalizm i potrzeba bardzo konkretnych warunków atmosferycznych zaczęły mnie po pewnym czasie bardziej blokować niż rozwijać. Nie jestem zawodowym fotografem, który ma czas i komfort, aby podporządkować swoje wyjścia z aparatem wyłącznie pogodzie i idealnemu światłu.
Minimalizm potrafi wciągnąć, ale nie zawsze jest drogą, którą chcemy iść na dłuższą metę.
To była ważna lekcja, bo dobra fotoksiążka nie musi wyłącznie podpowiadać nam, co chcemy robić. Czasem równie mocno pokazuje, czego robić nie chcemy, albo czego nie możemy przenieść do własnej fotografii jeden do jednego. Inspiracja twórczością Michaela była dla mnie cenna dlatego, że lepiej zrozumiałem, gdzie kończy się cudzy język, a gdzie powinien zacząć się mój własny.
Eggleston i zwykłe miejsca
Zupełnie inaczej działa na mnie William Eggleston, choć jego fotografia jest bardzo daleka od tego, co sam obecnie robię. Nie próbuję fotografować jak Eggleston, ale jego zdjęcia pomogły mi inaczej spojrzeć na zwykłe miejsca i rzeczy, które na pierwszy rzut oka nie wydają się warte fotografowania. Lubię, kiedy w krajobrazie pojawia się ślad człowieka, jakiś budynek, przedmiot, znak, przyczepa, płot albo konstrukcja, która nie do końca pasuje do danej scenerii. Takie elementy zachęcają do zadawania pytań: co to jest, po co to się tutaj znalazło, kto to zostawił, kto tu mieszkał, kto ukształtował tę przestrzeń w taki sposób.
Czasem to właśnie drobny, niepasujący element sprawia, że zaczynamy zadawać pytania o kadr.
To jest dla mnie jeden z najważniejszych powodów, dla których warto oglądać fotoksiążki bardzo różnych autorów, nawet jeśli ich styl formalnie nie jest nam bliski. Nie chodzi o to, żeby wszystko nam się podobało albo żeby każdą inspirację dało się natychmiast przełożyć na własne zdjęcia. Czasem wystarczy, że czyjaś fotografia delikatnie przesunie granicę tego, co uznajemy za warte sfotografowania, pokaże, że zwykła rzecz może być tematem, że brzydki fragment przestrzeni też może być ciekawy, albo że zdjęcie nie musi tylko pokazywać ładnego widoku, ale może zostawić widza z pytaniem.
James Popsys i analiza zdjęć
Bardzo konkretną lekcję dała mi też książka „Human Nature” Jamesa Popsysa, zwłaszcza dlatego, że na końcu znalazły się parametry techniczne wszystkich zdjęć. Na początku myślałem, że to raczej ciekawostka, może nawet coś zbędnego, ale później okazało się, że te informacje pozwalają lepiej prześledzić decyzje fotografa. Szczególnie interesowały mnie użyte wartości przysłony i to, jak współgrają z ostrością, głębią ostrości oraz wyeksponowaniem głównego obiektu w kadrze.
Zauważyłem, że James często fotografuje w okolicach f/8, co przy fotografii krajobrazowej czy podróżniczej wydaje się bardzo naturalnym wyborem, ale w sytuacjach, w których chce mocniej wydobyć fotografowany obiekt, potrafi otworzyć przysłonę do f/5.6 albo nawet f/4. Nie jest to żadna magiczna sztuczka, tylko drobna, świadoma decyzja, która daje odrobinę płytszą głębię ostrości i pozwala subtelnie oddzielić temat od tła. Dla mnie było to ciekawe, bo podobne zdjęcia często robiłem automatycznie na f/8, nie zawsze zastanawiając się, czy minimalnie większe otwarcie przysłony nie pomogłoby mi lepiej pokazać tego, co naprawdę jest najważniejsze w kadrze.
Właśnie dlatego fotoksiążki mogą być świetnym materiałem edukacyjnym. Nie uczą przez gotowe poradniki tylko pozwalają śledzić cudze decyzje, a potem porównywać je z własnymi przyzwyczajeniami. To jest znacznie ciekawsze niż bezmyślne kopiowanie ustawień, bo chodzi nie o same liczby, ale o zrozumienie intencji stojącej za zdjęciem.
Kopiowanie jako część nauki
W fotografii, tak jak w każdej twórczości, warto czerpać od innych i nie widzę w tym nic złego, o ile jasno oddzielamy inspirację od plagiatu. Nie chodzi o to, żeby przepisywać cudze zdjęcia jeden do jednego i udawać, że są nasze, ale o to, żeby uczyć się z cudzych decyzji, próbować zrozumieć ich kompozycję, światło, kolor, temat, rytm serii albo sposób opowiadania o świecie. Austin Kleon w książce „Steal Like an Artist” świetnie opisuje ten temat i przekonuje, że twórczość zawsze wyrasta z tego, czym nasiąkamy.
Najważniejsze jest to, że nawet jeśli spróbujemy skopiować czyjś sposób patrzenia, to i tak przepuścimy go przez własne doświadczenie, wrażliwość, ograniczenia, miejsca, w których żyjemy, i czas, jaki mamy na fotografowanie. Dlatego dwa zdjęcia nigdy nie będą naprawdę takie same, jeśli za każdym z nich stoi inny człowiek. Fotoksiążki poszerzają więc nasz wizualny słownik, ale nie muszą odbierać nam własnego głosu, pod warunkiem że traktujemy je jako materiał do rozmowy, a nie jako zestaw gotowych przepisów.
Fotoksiążki pomagają w selekcji
Im więcej oglądam dobrze złożonych albumów, tym mocniej widzę też, że zdjęcia rzadko istnieją wyłącznie jako pojedyncze, oderwane od siebie obrazy. Fotoksiążka zazwyczaj ma jakiś motyw przewodni, rytm, logikę i układ, który sprawia, że jedno zdjęcie zaczyna rozmawiać z drugim. To bardzo pomaga w myśleniu o własnej selekcji, bo przypomina, że nie każde dobre technicznie albo ładne zdjęcie musi od razu pasować do konkretnej serii.
Dobre zdjęcie to nie wszystko — ważne jest też to, jak układa się w całość.
Dla mnie to ważne, bo łatwo przywiązać się do zdjęcia tylko dlatego, że pamiętam moment, w którym je zrobiłem, albo pamiętam, ile wysiłku musiałem włożyć, żeby dane zdjęcie w ogóle powstało. Fotoksiążki uczą chłodniejszego spojrzenia, bo pokazują, że autor musi dokonywać wyborów nie tylko na poziomie pojedynczego kadru, ale też całego zbioru, podobnie jak w procesie selekcji zdjęć. Zdjęcie powinno działać samo, ale powinno też pasować do większej całości, a jeśli nie pasuje, to być może jego miejsce jest gdzie indziej albo jeszcze nie nadszedł na nie czas.
Wsparcie dla twórców
Kupowanie fotoksiążek ma dla mnie również wymiar wspierania twórców, szczególnie tych współczesnych, którzy nadal fotografują, publikują i próbują utrzymać się ze swojej pracy. Wydanie książki fotograficznej jest często jednym z ważniejszych momentów w karierze fotografa, bo oznacza zamknięcie pewnego etapu, zebranie lat pracy w jedną całość i oddanie jej w ręce odbiorców w formie, która jest znacznie trwalsza niż kolejny post w mediach społecznościowych.
Jeśli czyjaś twórczość jest dla mnie ważna, jeśli mnie inspiruje albo pomaga mi lepiej rozumieć własną fotografię, to zakup książki jest jednym z najbardziej bezpośrednich sposobów okazania wsparcia. Fotografia to dla wielu osób nie tylko hobby, ale też sposób życia, pracy i opowiadania o świecie, więc jeśli mamy możliwość wspierania autorów, których naprawdę cenimy, to moim zdaniem warto to robić.
Dlaczego internet nie wystarczy
Ktoś mógłby powiedzieć, że nie ma sensu kupować książek, skoro większość zdjęć można znaleźć w internecie. Teoretycznie to prawda, ale w praktyce to zupełnie inne doświadczenie. Obraz oglądany w przeglądarce albo aplikacji jest częścią niekończącego się strumienia contentu, który można zamknąć, odświeżyć, zgubić albo przescrollować bez większej refleksji. Książka ma fizyczny wymiar, jest namacalna i najczęściej stanowi kulminację wielu lat pracy autora, a nie przypadkowy zbiór obrazów ułożonych przez algorytm.
Poza tym internet jest nietrwały bardziej, niż lubimy myśleć. Przestaniesz opłacać serwer to twoja strona internetowa zniknie, konto na Instagramie może zostać zablokowane, aplikacja może zmienić swoje zasady, a serwery mogą zostać zamknięte. Książka zostaje. Można do niej wrócić po roku, po kilku latach, wziąć ją do ręki w zupełnie innym momencie życia i zobaczyć w tych samych zdjęciach coś, czego wcześniej się nie widziało.
Zamiast kolejnego akcesorium
Nie będę hipokrytą i nie będę udawał, że przestałem lubić sprzęt fotograficzny, bo to nieprawda. Nadal lubię aparaty, obiektywy i wszystkie te rzeczy, które sprawiają, że fotografowanie jest przyjemniejsze, wygodniejsze albo po prostu ciekawsze. Niedawno kupiłem nawet nowy aparat (o tym zapewne będzie w kolejnych wpisach na tym blogu), i to chwilę po tym jak napisałem tekst o gear acquisition syndrome ;)
Fotoksiążki nie zrobią zdjęć za Ciebie, ale mogą zmienić sposób, w jaki je widzisz.
Mimo to, gdybym miał doradzić komuś, kto ma do wydania parę złotych i zastanawia się, czy kupić filtr, pasek, torbę, preset czy fotoksiążkę, odpowiedziałbym bez większego wahania: kup fotoksiążkę. Akcesorium może poprawić wygodę, preset może na chwilę zmienić wygląd zdjęć, a nowy gadżet może dać krótkotrwałą przyjemność, ale dobra książka fotograficzna może realnie wpłynąć na to, jak patrzysz, jak analizujesz obrazy, jak rozumiesz własny gust i jak wybierasz zdjęcia, które mają dla Ciebie znaczenie.
Dlatego uważam, że fotoksiążki są jedną z najlepszych inwestycji w rozwój fotograficzny. Jeśli poświęcisz czas na ich wnikliwą analizę, stopniowo nauczysz się uważności, cierpliwości i świadomego patrzenia, a to są rzeczy, których nie da się zamówić razem z nowym aparatem.