Kadry, których nie planowałem
Poranek nad Zegrzem nie dał mi zdjęć, po które tam pojechałem, ale przypomniał mi, że warto patrzeć szerzej.
-
Tak, bo wiele dobrych zdjęć pojawia się dopiero wtedy, gdy odpuszczamy i zaczynamy uważniej patrzeć na to, co nas otacza.
-
Najlepiej nie kończyć od razu pleneru. Warto dać sobie chwilę, przejść się dalej i spróbować spojrzeć na miejsce bez przywiązania do pierwotnego pomysłu.
-
Jedna i druga ma sens, ale spontaniczne zdjęcia często mają w sobie świeżość i naturalność, której nie da się w pełni zaplanować.
-
Pomaga czas, ruch i cierpliwość. Często dopiero po kilkunastu minutach głowa się uspokaja, a wzrok zaczyna znowu dostrzegać kadry.
W sobotę wstałem wcześniej rano, żeby wrócić nad Zalew Zegrzyński. To miejsce bardzo spodobało mi się podczas mojej wizyty w Nieporęcie, o której pisałem już wcześniej w tekście „To zdjęcia mogą poczekać”, więc tym razem jechałem tam z bardzo konkretnym planem. Chciałem sfotografować fragmenty podpór starego mostu prowadzącego do Serocka. Ten kadr siedział mi w głowie już od jakiegoś czasu i wydawał się na tyle dobry, że właściwie całą tę poranną wyprawę podporządkowałem właśnie jemu.
To nie było dla mnie po prostu kolejne wyjście z aparatem. Jeśli śledzisz mnie od jakiegoś czasu, to wiesz, że jestem tatą bardzo absorbującego dwulatka, więc czas na fotografowanie nie pojawia się u mnie przypadkiem ani spontanicznie. Takie wyjazdy trzeba ustalić wcześniej, dogadać, zaplanować i trochę o nie zawalczyć, dlatego zdarzają się może raz na miesiąc, czasem raz na dwa tygodnie. Z jednej strony bardzo to doceniam, bo dzięki temu każde takie wyjście ma dla mnie znaczenie, ale z drugiej strony właśnie przez to łatwo nakładam na siebie zbyt dużą presję. Przez to, że te plenery są tak sporadyczne, od razu chciałbym wrócić do domu z czymś naprawdę dobrym. Chciałbym mieć poczucie, że ten czas został dobrze wykorzystany.
Kiedy plan się rozsypuje
Problem polegał na tym, że bardzo szybko okazało się, iż mój plan nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Podpory starego mostu znajdują się zarówno od strony Zegrza, jak i po drugiej stronie, nieopodal drogi prowadzącej do Serocka, więc wydawało mi się, że dojście do nich nie będzie większym problemem. Sprawdziłem wcześniej mapy, zobaczyłem port i trap prowadzący niemal pod same podpory, więc byłem przekonany, że wystarczy dojechać na miejsce i wszystko będzie dokładnie tak, jak sobie wyobraziłem.
Niestety nie było.
Od strony Zegrza dojście do brzegu okazało się niemożliwe, bo teren należał do prywatnego portu, który o szóstej rano był po prostu zamknięty. To był chyba ten moment, który rozczarował mnie najbardziej, bo nagle okazało się, że cel mojej wyprawy był niemal na wyciągnięcie ręki, a jednak nie mogłem zrobić nic, żeby podejść na tyle blisko, by znaleźć się w zasięgu mojego obiektywu. Tak blisko, a tak daleko. Od strony Serocka również nic z tego nie wyszło, ponieważ nabrzeże było podmokłe, a wysokie trzciny skutecznie odcinały dojście do wody. Być może gdybym był lepiej przygotowany i zabrał ze sobą kalosze, udałoby się jeszcze coś z tego uratować, ale tym razem nie było na to szans.
Nie każdy zaplanowany kadr da się zrobić, nawet jeśli na papierze wszystko się zgadzało.
To wystarczyło, żeby bardzo szybko zepsuć mi humor. Nie pomaga też to, że mam w sobie dość silną skłonność do myślenia w kategoriach „albo wszystko, albo nic”, nawet jeśli na co dzień staram się nad tym panować. Kiedy więc długo planowany wyjazd od początku zaczął się sypać, pierwsza myśl była bardzo prosta: wracać do samochodu, odpuścić, pojechać gdzieś na śniadanie i kawę, i przynajmniej spędzić chwilę w ciszy. Kto jest rodzicem małego dziecka, ten pewnie dobrze rozumie, że sama chwila w ciszy to ogromny luksus, na który nie zawsze nas stać.
To, co było obok
Na szczęście znam już to uczucie na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że jeśli od razu mu ulegnę, to prawdopodobnie sam zamknę się na wszystko, co mogłoby mnie jeszcze tego dnia spotkać. Zamiast więc od razu wracać, zmusiłem się do krótkiego spaceru po okolicy. Nie dlatego, że nagle uwierzyłem, iż znajdę coś równie dobrego jak kadr, po który tam przyjechałem, ale dlatego, że chciałem chociaż spróbować przegonić frustrację.
A okolica była o tej porze naprawdę piękna. Było cicho, światło było miękkie, woda spokojna, a zieleń dopiero budziła się do życia mimo że to już druga połowa kwietnia. Najbardziej chyba przyciągnęły moją uwagę łabędzie płynące po Narwi, choć ostatecznie nie pojawiły się na żadnym z moich zdjęć. Nie chodziło jednak o to, żeby koniecznie je sfotografować. Bardziej o to, że właśnie one jako pierwsze wybiły mnie z tego złego nastawienia i przypomniały mi, że świat nie kończy się na jednym nieudanym pomyśle.
Dopiero kiedy odpuściłem pierwotny plan, zacząłem widzieć to, co było obok.
Zacząłem więc przykładać aparat do oka i łapać zupełnie przypadkowe kadry, żeby znowu wejść w ten stan, w którym człowiek naprawdę patrzy. Na początku szło mi to opornie. Musiałem się niemal zmuszać, żeby znowu zobaczyć przestrzeń fotograficznie, a nie tylko przez pryzmat rozczarowania. Jednak im dłużej szedłem i im więcej dawałem sobie czasu, tym bardziej głowa się oczyszczała. Przestałem myśleć o zdjęciu, po które przyjechałem, a zacząłem widzieć kadry, które po prostu były obok.
Do domu wróciłem tylko z dwoma ujęciami, ale oba uznałem za naprawdę udane. Jeden przedstawiał kolorową łódź w porcie, która świetnie zagrała z niebieskim odcieniem nieba i wody. Drugi pokazywał fragment nabrzeża należącego do WAT-u — spokojną scenę bez jednego dominującego punktu, za to z bardzo dobrym światłem i układem kilku elementów, które razem budowały kompozycję: niebieskiego magazynu z blachy, samochodu zaparkowanego przy samym brzegu i czerwonej motorówki ustawionej w przeciwnym kierunku. To nie były zdjęcia, po które tam pojechałem, ale jestem z nich tak samo zadowolony, a może nawet bardziej, bo przypomniały mi coś, o czym w fotografii łatwo zapomnieć.
Nie przywiązuj się do jednego kadru
Coraz częściej myślę, że w fotografii bardzo wiele zależy nie tyle od samego planu, ile od gotowości na to, co wydarzy się obok planu. Nie chodzi mi o to, że dobre zdjęcia są dziełem przypadku, bo nie są. Wynikają z oka, z wrażliwości, z doświadczenia i z umiejętności zauważania rzeczy, które dla innych mogą pozostać zupełnie niewidoczne. Często jednak sam fakt, że znajdujemy się w jakimś miejscu o konkretnej porze, bywa w dużej mierze nieprzewidywalny, a wtedy najwięcej zależy od tego, czy jesteśmy na to spotkanie otwarci.
Fotografia planowana też ma sens i potrafi dawać świetne efekty. Sam często jadę gdzieś z konkretną intencją i nie widzę w tym nic złego. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy za bardzo przywiązuję się do jednego obrazu, jednej lokalizacji albo jednego pomysłu, bo w takiej sytuacji bardzo łatwo przeoczyć wszystko inne. A przecież czasem najciekawsze kadry znajdują się dokładnie obok tych, po które przyjechaliśmy.
Może właśnie dlatego warto od czasu do czasu po prostu wyjść z kieszonkowym aparatem, nawet wtedy, gdy nie ma się wielkiego planu ani szczególnej ochoty. W samym spacerze jest coś, co porządkuje głowę i stopniowo rozluźnia ciało. Myśli zaczynają płynąć trochę spokojniej, presja znika, a wzrok znowu się otwiera. I nawet jeśli na początku wydaje się, że tego dnia nic z tego nie będzie, to bardzo możliwe, że po kilkunastu minutach okaże się, że zdjęcia cały czas tam były. To tylko my byliśmy gdzie indziej.
Chyba właśnie to najbardziej zapamiętałem z tego poranka nad Zegrzem. Nie to, że nie zrobiłem zdjęcia, po które tam pojechałem, tylko to, jak łatwo byłem gotów uznać cały wyjazd za stracony tylko dlatego, że rzeczywistość nie chciała dopasować się do mojego planu. A przecież fotografia w ogóle tak nie działa. Świat nie ma obowiązku układać się pod nasze oczekiwania. Czasem trzeba po prostu przestać się obrażać na to, czego nie dostaliśmy, i zacząć patrzeć na to, co jest.
To nie było zdjęcie, po które tam pojechałem, ale właśnie takie kadry zostają w mojej głowie na dłużej.
To chyba jedna z najważniejszych rzeczy, jakich fotografia wciąż mnie uczy, nawet jeśli sam regularnie o niej zapominam. Nie wszystko da się zaplanować, nie każdy wyjazd kończy się spełnieniem konkretnego pomysłu. Ale bardzo często wystarczy jeszcze chwilę zostać, jeszcze kawałek przejść się bez celu, jeszcze raz podnieść aparat do oka. I wtedy nagle okazuje się, że ten dzień wcale nie był pusty. Po prostu okazało się, że tego dnia czekały na mnie inne zdjęcia, niż sobie wcześniej wymyśliłem.