Fujifilm FinePix Z35: mały aparat, duża lekcja
Fujifilm FinePix Z35 to maleńki kompakt z 2009 roku, który można naprawdę nosić zawsze przy sobie.
-
Tak, ale trzeba zaakceptować jego ograniczenia. Najlepiej sprawdza się w dobrym świetle, przy ISO 100 lub 200.
-
Nie do końca. Bardziej analogowe jest samo doświadczenie fotografowania: ograniczone ISO, słaby ekran, brak RAW-ów i większa niepewność efektu.
-
Najlepiej używać niskiego ISO, pilnować świateł, lekko obniżyć ekspozycję i fotografować w dobrym świetle.
Kilka tygodni temu zadzwoniła do mnie mama z informacją, że podczas sprzątania znalazła w szufladzie jakiś stary aparat fotograficzny. Powiedziała, że ma napis Fujifilm, i zapytała, czy nie chciałbym go zobaczyć. Stary aparat? Fuji? Już wsiadam do samochodu! :)
Zanim zdążyłem podjechać do mamy, mocno zastanawiałem się, co to za cudo, bo nie pamiętałem, żebyśmy w kiedykolwiek mieli aparat Fuji w domu rodzinnym. Przez chwilę myślałem nawet, że to jakaś stara analogowa małpka, ale na miejscu okazało się, że to maleńki cyfrowy kompakt Fujifilm FinePix Z35 z 2009 roku z matrycą CCD, czyli tak zwany digicam.
Obecnie w internecie panuje moda na digicamy z lat dwutysięcznych i na ten retro look imprezowych zdjęć z fleszem. Oczywiście to nie jest styl fotografii, który osobiście praktykuję, niemniej byłem bardzo zaintrygowany, co z tego urządzenia będę w stanie wyciągnąć.
Mały kompakt bez wielkich obietnic
Czym tak właściwie jest Fujifilm FinePix Z35? Jak wspomniałem, to przedstawiciel tzw. digicamów, czyli małych kompaktów cyfrowych z pierwszej dekady lat dwutysięcznych. Ma 10-megapikselową matrycę CCD o wielkości 1/2,3 cala, czyli mniejszą niż główne matryce w wielu współczesnych smartfonach, oraz wewnętrzny zoom o bardzo użytkowym ekwiwalencie pełnej klatki 35-105 mm. W teorii aparat oferuje ISO 100-1600, ale w praktyce używalne są głównie ISO 100 i 200. Wyższe wartości mocno degradują i tak już wątpliwej jakości obrazek.
Ogromną zaletą tego kompaktu jest jego rozmiar. Aparat jest zbliżony wymiarami do karty kredytowej i zdecydowanie mniejszy w obrysie niż przeciętny smartfon. Dzięki temu można nosić go bez żadnego problemu, na przykład w kieszeni spodni. Jeśli połączymy kieszonkowe wymiary z niską wartością materialną, mamy dobry materiał na typowy aparat codzienny, który można mieć zawsze przy sobie. Nie boję się, że coś mu się stanie, bo nawet jeśli tak będzie, to będzie to niewielka strata.
W dobrym świetle FinePix Z35 potrafi dać bardzo przyjemny, prosty obrazek.
Kiedyś bardzo zależało mi, żeby zawsze nosić ze sobą aparat, i w tym celu kupiłem Ricoh GR IV. Mimo że jest to fantastyczny sprzęt, był również bardzo drogi, co tworzyło we mnie wewnętrzną blokadę przed używaniem go zgodnie z przeznaczeniem. Po prostu bałem się, że uszkodzę go, nosząc w kieszeni. Z35 to oczywiście aparat zupełnie innej klasy niż Ricoh i nie ma sensu ich bezpośrednio porównywać, ale w przypadku małego Fuji nie mam tej blokady.
Lista skarg i zażaleń
Trudno patrzeć na Fujifilm FinePix Z35 i nie zauważyć mnóstwa ograniczeń tego aparatu. Przede wszystkim wbudowany wyświetlacz ma bardzo niską rozdzielczość, jest praktycznie nieczytelny w słońcu, a kiepskie kąty widzenia tylko pogarszają sytuację. Przez to komponowanie kadru jest mocno utrudnione i często trzeba polegać na intuicji.
Mała matryca przekłada się na bardzo ograniczony zakres dynamiczny, przez co łatwo przepalić kadry, w których w tle jest niebo. Oczywiście aparat robi zdjęcia tylko w JPEG-ach, co sprawia, że odzyskiwanie danych w edycji jest bardzo ograniczone. To nie jest żaden naukowy test, ale z moich obserwacji wynika, że w światłach można odzyskać około 0,3 EV, a w cieniach 0,7-1 EV, zanim obrazek zacznie się rozsypywać.
Ograniczony zakres dynamiczny szybko przypomina, że to aparat z zupełnie innej epoki.
Kolejną dużą bolączką tego aparatu jest obiektyw. Jak na takie maleństwo nie jest strasznie ciemny (f/3,7-4,2), ale i tak w pomieszczeniach trzeba w większości sytuacji polegać na wbudowanym fleszu. Największym problemem jest jednak bardzo widoczna dystorsja na szerokim kącie i odwrotna, poduszkowata dystorsja na długim końcu. Pośrodku zakresu nie widać dystorsji, ale za to pojawia się mocna winieta. Oczywiście wszystkie te rzeczy można poprawić w postprodukcji, ale jest to czasochłonne.
Bardziej analogowy proces niż analogowy obraz
Wielu zwolenników digicamów twierdzi, że te aparaty dają obrazek taki jak aparaty analogowe. Nie zgodzę się z tym stwierdzeniem. Zdjęcia nadal są cyfrowe i tak właśnie wyglądają. Są mniej szczegółowe i mają sporo różnych mankamentów wynikających z zastosowania bardzo podstawowej optyki, a to może w pewnym stopniu kojarzyć się ze starymi prostymi kompaktami analogowymi.
Jednak fotografując Z35, doszedłem do wniosku, że samo doświadczenie robienia zdjęć ma sporo wspólnego z fotografią analogową. Wiąże się to ściśle z ograniczeniami tego sprzętu. Mamy tutaj właściwie dwie opcje, jeśli chodzi o ISO: 100 lub 200. Do tego tylko dwa profile kolorystyczne: kolorowy i czarno-biały. Już samo to sprawia, że jest trochę tak, jakbyśmy mieli do wyboru tylko dwie klisze.
Najciekawsze w Z35 nie jest udawanie analoga, tylko wolniejszy i mniej pewny proces fotografowania.
Aparat zapisuje zdjęcia jedynie w plikach JPEG, więc możliwość edycji jest ograniczona podobnie jak przy gotowych skanach z filmu. Kiepski ekran daje nawet mniejsze poczucie pewności niż wizjer w starym aparacie kompaktowym. Nigdy nie możesz być pewien, co udało Ci się uchwycić, dopóki nie otworzysz zdjęć na tablecie.
To wszystko sprawia, że trzeba trochę zwolnić, zastanowić się nad tym, co i jak chce się sfotografować, a każde udane zdjęcie daje sporą dozę satysfakcji.
Jak fotografuję Fujifilm FinePix Z35
Jak już jesteśmy przy procesie i doświadczeniach z fotografowania, chciałbym w kilku słowach omówić, jak używam tego aparatu. Myślę, że te ustawienia będą dosyć uniwersalne w przypadku większości starych digicamów.
Jak wspomniałem, ISO w tych aparatach jest bardzo ograniczone. Najlepiej fotografować w dziennym świetle przy ISO 100 lub 200. W przypadku fotografii czarno-białej można pokusić się o ISO 400. Warto też obniżyć kompensację ekspozycji o -1/3 EV, aby ochronić jasne partie kadru przed przepaleniem. Przepalonych fragmentów praktycznie nie da się odzyskać, podczas gdy z cieni można jeszcze coś wyciągnąć w postprodukcji.
Dla zapewnienia spójności kolorystycznej, fotografując na zewnątrz w ciągu dnia, ustawiam balans bieli na Daylight. Spotkałem się też z komentarzami, że warto ustawić balans bieli na Cloudy, aby nadać zdjęciom żółtego zabarwienia, co ma podobno zbliżyć ich wygląd do fotografii analogowej. Osobiście nie stosuję tego rozwiązania.
Mimo że Z35 jest maleńki, warto trzymać go obiema rękami, aby ustabilizować aparat i uniknąć poruszenia. Niskie ISO często skutkuje tym, że aparat ustawia długi czas naświetlania, a wtedy bardzo łatwo poruszyć zdjęcie. No i oczywiście te aparaty nie mają żadnej optycznej stabilizacji. Podczas fotografowania we wnętrzach trzeba mocno polegać na wbudowanym fleszu, bo bez niego zdjęcia będą w większości przypadków rozmazane.
Niskie ISO, ostrożna ekspozycja i prosty temat pomagają wyciągnąć z tego aparatu najwięcej.
Na koniec standardowo edytuję wszystkie zdjęcia w Lightroomie. Staram się poprawić techniczne mankamenty obiektywu, ale też nadać zdjęciom ciekawsze kolory i bardziej analogowy wygląd. Ze względu na niezbyt powalający zakres dynamiczny staram się ustawiać ekspozycję tak, aby nie prześwietlić jasnych partii obrazu. Przez to cierpią cienie i często są nieco przycięte. Osobiście nie jest to dla mnie dramatem, bo w swojej edycji i tak często specjalnie je spłaszczam, ale warto mieć na uwadze, że fotografując takim aparatem, najczęściej musimy wybierać między przepalonymi światłami a spłaszczonymi cieniami.
Czy digicam to tylko zabawka?
Fotografując przez ostatnie tygodnie Fujifilm FinePix Z35, miałem z tyłu głowy pytanie, czy to, co robię, to tylko zabawa, czy może jednak „poważna” fotografia, którą mogę bez wyrzutów sumienia umieścić w portfolio. Pytanie samo w sobie jest trochę absurdalne, bo nie jestem zawodowym fotografem i nie zarabiam na swojej fotografii, więc z założenia wszystko, co robię, to zabawa.
Mimo to cały czas odczuwałem pewien dysonans. Z jednej strony niektóre zdjęcia wykonane tą małpką naprawdę mi się podobają i jestem z nich dumny. Z drugiej strony dostrzegam ich techniczne mankamenty i wiem, że gdybym ten sam kadr uchwycił moim Fujifilm X100VI albo Lumixem S5D, miałbym po prostu technicznie lepszy plik.
Ostatecznie w swojej fotografii stawiam bardziej na własny język wizualny niż na techniczną doskonałość, dlatego nie zamierzam skreślać zdjęć wykonanych mniej zaawansowanymi urządzeniami, jeśli kadr mi się podoba i jest spójny z moją twórczością. Być może część z nich trafi do portfolio, a część zostanie w archiwum albo osobnej serii, ale nie chcę ich dyskwalifikować wyłącznie ze względu na aparat. Myślę, że w moim procesie twórczym jest miejsce na małe digicamy.
Jeśli kadr działa, nie warto odrzucać go tylko dlatego, że został zrobiony tanim kompaktem.
Czego nauczył mnie FinePix Z35
Obcowanie z Fujifilm FinePix Z35 pokazało mi, że techniczne parametry aparatu potrafią być mniej istotne, niż wielu osobom się wydaje. Niedawno trafiłem na ciekawy cytat. Niestety nie mogę sobie przypomnieć, gdzie go widziałem ani kto jest autorem, ale parafrazując, brzmiał on mniej więcej tak: „większość fotografów jest słabsza niż aparat, którego używa”.
Mam szczęście być posiadaczem Fujifilm X100VI i pełnoklatkowego Lumixa, o których wspominałem, ale zdaję sobie sprawę, że w fotografii, jaką praktykuję, pewnie nie używam nawet 20% ich możliwości. Sprzęt fotograficzny ma oczywiście znaczenie w kwestii komfortu, jakości plików i skuteczności, ale sam w sobie nie jest źródłem ciekawych kadrów. To fotograf robi zdjęcia, fotograf wybiera, co chce pokazać, a aparat jest jedynie narzędziem w jego rękach. Z pewnością powrócę do tego tematu w kolejnych wpisach.
Fotografowanie Z35 dało mi sporo frajdy, a o to przecież chodzi w fotografii. Widzę teraz, że w mojej twórczości jest miejsce na maleńkie kompakty, które mogą pełnić rolę aparatu codziennego. Niestety Z35 ma kilka wad, które dyskwalifikują go dla mnie w tej roli. Mam tu na myśli głównie ekran oraz, w mniejszym stopniu, optyczne wady obiektywu. Tak się składa, że mam już dla niego następcę, ale to również materiał na osobny tekst :)