Fujifilm X100VI po dwóch latach. Aparat, który odmienia życie?

Fujifilm X100VI używany przez ponad dwa lata

Fujifilm X100VI po ponad dwóch latach nadal jest jednym z aparatów, po które sięgam najchętniej.

W internecie krąży legenda, że wraz z zakupem Fujifilm X100VI podpisuje się nieoficjalną umowę. Zobowiązuje ona do napisania entuzjastycznego tekstu lub nagrania filmu o tym, jak aparat zmienił Twoje życie i pozwolił Ci na nowo odkryć fotografię. W zamian Fujifilm powinno wysłać Cię w podróż życia do Japonii, gdzie będziesz fotografował neony, klimatyczne uliczki i stacje kolejowe. Po ponad dwóch latach użytkowania Fujifilm X100VI postanowiłem więc wywiązać się ze swojej części zobowiązania.

Jest w tym wszystkim trochę prawdy, bo X100VI faktycznie odmienił moją relację z fotografią, o czym postaram się opowiedzieć w tym tekście. Jak zwykle na moim blogu nie będzie to jednak techniczna recenzja, ale bardziej osobisty esej, a może nawet list miłosny do Fujifilm X100VI.

Dlaczego zdecydowałem się na zakup?

W styczniu 2024 roku urodził się mój syn i jak wielu świeżo upieczonych ojców chciałem kupić aparat, którym mógłbym dokumentować jego życie. Fotografią interesowałem się jednak już znacznie wcześniej. Moja skrócona historia pojawiła się w tekście o braku tematów do fotografowania, więc nie będę się tutaj powtarzał. W tamtym czasie korzystałem jeszcze z niezbyt poręcznego systemu lustrzanki Nikona.

To był moment, w którym postanowiłem sprzedać stary sprzęt i kupić coś bardziej kompaktowego. Muszę przyznać, że wszystko było trochę dziełem przypadku. Narodziny mojego syna zbiegły się mniej więcej z premierą Fujifilm X100VI na początku 2024 roku. Odkąd zobaczyłem ten aparat, wiedziałem, że to sprzęt dla mnie. Kompaktowe body, matryca APS-C, symulacje filmu i brak konieczności edytowania każdego zdjęcia. Resztę zrobił marketing. Ostatecznie złożyłem zamówienie przedpremierowe i miałem sporo szczęścia, bo mimo ogromnego zainteresowania aparatem udało się je zrealizować zaledwie kilka tygodni po premierze.

Fujifilm X100VI okazał się miłością od pierwszego wejrzenia. Aparat robił dokładnie to, czego od niego oczekiwałem. Był niewielki, mogłem zabrać go praktycznie wszędzie, nie wchodził w drogę i dawał świetne pliki JPEG bezpośrednio z aparatu, dzięki czemu dokumentowanie rodzinnych chwil było samą przyjemnością. Wkrótce jednak okazało się, że ten mały kompakt stanie się dla mnie czymś znacznie więcej niż tylko prostą małpką.

Kto rano wstaje…

Nasz synek w pierwszym roku życia dawał się mocno we znaki. Miał ogromne problemy ze snem i bardzo często budził się z płaczem już o czwartej lub piątej nad ranem. Aby odciążyć moją żonę, która często czuwała przy nim przez całą noc, zabierałem młodego przed rozpoczęciem pracy na kilkugodzinne spacery. On uspokajał się w wózku, a żona mogła odespać dwie lub trzy godziny i zebrać siły na resztę dnia.

Pusta ulica w Warszawie sfotografowana o świcie aparatem Fujifilm X100VI

Warszawa o świcie. To podczas takich spacerów z synem zacząłem na nowo regularnie fotografować.

Dla mnie był to moment, w którym zabierałem ze sobą aparat i fotografowałem. Robiłem zdjęcia wszystkiego, co zwróciło moją uwagę, od pustych ulic, przez poranne światło, po wracających do domu imprezowiczów. Było to coś na pograniczu fotografii ulicznej i miejskiego krajobrazu. Początkowo była to dla mnie przede wszystkim okazja, żeby odreagować stres i zmęczenie. Wkrótce te spacery przywróciły jednak pasję do fotografii, o której zdążyłem trochę zapomnieć. Być może X100VI nie odmienił mojego życia, ale sprawił, że na nowo pokochałem fotografowanie. Poprzedni sprzęt nieraz przytłaczał mnie mnogością opcji, liczbą obiektywów, dużymi rozmiarami i wagą. Z Fuji wszystko było proste: jedna ogniskowa 35 mm, kompaktowa obudowa i zero wymówek.

Poranne życie miasta sfotografowane aparatem Fujifilm X100VI

Jedna ogniskowa, niewielki aparat i miasto, które dopiero zaczynało się budzić.

Fujifilm, jaki jest, każdy widzi

Myślę, że duża część magii X100VI wynika z jego wyglądu i kompaktowej budowy. Aparat przypomina klasyczny dalmierz na film analogowy, jest mały i poręczny. Jednocześnie nie jest naprawdę kieszonkowy, więc trzeba pamiętać o niewielkiej torbie albo po prostu nosić go na pasku na szyi niczym trofeum.

Jak trywialnie by to nie brzmiało, jest to aparat, który po prostu chcę zabierać z domu, zarówno na zwykłe spacery, jak i rodzinne wyjazdy. Przy małym dziecku nie wchodzi w drogę i nie staje się kolejnym obciążeniem. Znika, kiedy go nie potrzebuję, ale pozostaje pod ręką, gdy chcę zrobić zdjęcie. Jednocześnie jest na tyle zaawansowany, że równie dobrze nadaje się do bardziej osobistej i świadomej fotografii, a nie tylko rodzinnych zdjęć czy wakacyjnych widoczków.

To także jedyny aparat, który miałem w swojej fotograficznej „karierze”, który komplementowali obcy ludzie. Kilka razy zostałem zaczepiony z pytaniem, czy jest to aparat na kliszę, a podczas ostatniego wyjazdu na Rodos ktoś zapytał mnie nawet, czy to Leica. Takie interakcje są naprawdę miłe i prawdopodobnie nigdy nie miałyby miejsca, gdybym nosił na szyi zwykły czarny bezlusterkowiec.

Zdjęcie z Rodos wykonane aparatem Fujifilm X100VI

Rodos sfotografowane aparatem, który podczas tego wyjazdu ktoś wziął za Leicę.

Ograniczenia wyzwalają kreatywność

Jednym z największych ograniczeń Fujifilm X100VI jest niewymienny obiektyw o ekwiwalencie ogniskowej 35 mm. Wiele osób skreśla ten aparat właśnie z tego powodu. Rozumiem te obiekcje, jednak dla mnie jest to jedna z największych zalet X100VI.

Ograniczenia w sztuce potrafią być bardzo inspirujące. Zmuszają nas do szukania alternatywnych rozwiązań tam, gdzie narzędzia nie pozwalają zrobić dokładnie tego, co początkowo zaplanowaliśmy. Mając do dyspozycji tylko jedną ogniskową, musimy fotografować bardziej aktywnie, przemieszczać się po scenie i inaczej patrzeć na otoczenie. Z drugiej strony zmniejszamy liczbę decyzji, które musimy podjąć. Dzięki temu możemy lepiej skupić się na tym, co w fotografii najważniejsze, czyli na uważnym patrzeniu.

Dla osób, które nie potrafią żyć z jedną ogniskową, istnieje rozwiązanie w postaci konwerterów dających odpowiednik 28 lub 50 mm. Sprzedaje je zarówno Fujifilm, jak i inni producenci. Montuje się je bezpośrednio na gwincie wbudowanego obiektywu aparatu. W ciągu ostatnich dwóch lat miałem oba konwertery, ale już po kilku sesjach okazało się, że w moim przypadku się nie sprawdzają. Oznaczają dodatkową wagę i większe gabaryty, co psuje ideę kompaktowości X100VI. Aparat miał uwolnić mnie od budowania całego systemu, a konwertery sprawiały, że ponownie zaczynałem nosić ze sobą dodatkowe elementy.

Kiedy potrzebuję większego zasięgu, a nie mogę podejść bliżej, pozostaje mi jeszcze cyfrowy zoom. Ostatecznie z trzech dostępnych ogniskowych to właśnie 35 mm najbardziej odpowiada mojemu sposobowi fotografowania.

40 megapikseli

Pamiętam czasy, kiedy amatorzy bardzo ekscytowali się liczbą megapikseli w aparacie. Wiadomo, im więcej, tym lepiej! Każdy nieco bardziej zorientowany w temacie wie oczywiście, że nie jest to takie oczywiste, ale dodatkowa rozdzielczość bywa przydatna. Zwłaszcza w aparacie, który nie ma wymiennej optyki.

Matryca o rozdzielczości 40 megapikseli w Fujifilm X100VI jest naprawdę ciekawym rozwiązaniem. Pozwala nawet na dwukrotne cyfrowe przybliżenie przy nadal użytecznej jakości obrazu. Daje też sporą swobodę przekadrowania zdjęcia w postprodukcji i poprawienia kompozycji. Dzięki temu X100VI jest aparatem, który sporo wybacza. Może być więc ciekawym, choć z drugiej strony bardzo drogim wyborem dla początkującego fotografa.

Dwa oblicza X100VI

Moim zdaniem ogromna popularność Fujifilm X100VI wynika z jego wszechstronności. Z jednej strony może być prostą małpką, która zrobi zdjęcie w pełnym automacie i od razu zapisze je ze świetnymi kolorami dzięki symulacjom filmu Fujifilm. W takim trybie pozwala niemal całkowicie wyłączyć myślenie o ustawieniach i skupić się na doświadczeniu, wydarzeniu rodzinnym czy wakacyjnym wyjeździe.

Z drugiej strony może być naprawdę potężnym narzędziem do świadomej fotografii. Oferuje manualne ustawienia, bardzo plastyczne pliki RAW, wbudowany filtr ND, lampę błyskową i rozbudowane możliwości filmowe, o których nawet jeszcze nie wspomniałem. Technicznie nadal jest to topka wśród matryc APS-C. Dodatkowo, po zamontowaniu odpowiedniego pierścienia i filtra ochronnego zyskuje również odporność na warunki atmosferyczne.

Sam wykorzystuję te dwa oblicza bardzo dosłownie. Mam zapisanych kilka profili z przepisami na symulacje filmu, które co jakiś czas zmieniam. Profile przeznaczone do fotografii rodzinnej zapisują wyłącznie pliki JPEG, dzięki czemu oszczędzam miejsce i nie dokładam sobie niepotrzebnej pracy. Do fotografii bardziej „artystycznej” wybieram RAW-y, żeby zachować większe możliwości późniejszej edycji.

Osobista fotografia wykonana w formacie RAW aparatem Fujifilm X100VI

Ten sam aparat może służyć do zachowywania rodzinnej codzienności i do fotografii, nad którą chcę później dłużej popracować.

Do dziś regularnie zabieram X100VI na rodzinne wyjazdy. Pełni wtedy dwie funkcje jednocześnie. Dokumentuje nasz wspólny czas, ale gdy trafi się ciekawy kadr do mojej prywatnej fotografii, wiem, że aparat mnie nie zawiedzie. Przy podróżowaniu z małym dzieckiem nie chcę wozić ciężkiego sprzętu, a Lumix S5D, choć pod wieloma względami bardziej uniwersalny, nie oferuje mi tego samego doświadczenia fotografowania z symulacjami filmu.

Fakt, że oba oblicza X100VI zamknięto w tak poręcznej obudowie, jest prawdopodobnie jednym z powodów jego ogromnej popularności, i to pomimo bardzo wysokiej ceny.

Gdybym miał pokusić się o bardziej obrazowe porównanie, powiedziałbym, że Fujifilm X100VI jest trochę jak stary kumpel, którego znasz jeszcze ze szkolnych czasów. Nie widujecie się codziennie, bo masz już innych znajomych, którzy bywają bardziej „przydatni” w konkretnych sytuacjach, ale zawsze wracasz do niego z sentymentem i natychmiast przypominasz sobie, dlaczego tak dobrze się dogadujecie.

Nie jest to aparat najlepszy w każdej kategorii. Choćby autofokus pozostawia wiele do życzenia, przez co profesjonaliści często omijają Fuji szerokim łukiem. Jest to jednak sprzęt, który wywołuje uśmiech na mojej twarzy za każdym razem, gdy go używam, a to dla mnie ważniejsze niż parametry techniczne.

Czy Fujifilm X100VI odmienił moje życie?

Po zakupie X100VI nie rzuciłem pracy, nie przeprowadziłem się do Japonii i nie zacząłem zarabiać na życie, sprzedając printy streetowych fotek. Mogę jednak powiedzieć, że ten aparat naprawdę coś zmienił.

Zacząłem od dokumentowania życia mojego synka, dopasowałem fotografię do nowej codzienności, odzyskałem potrzebę fotografowania dla własnej przyjemności, zacząłem się rozwijać w tym kierunku, a w końcu założyłem tę stronę internetową i bloga. Uważam, że to bardzo dużo jak na kawałek elektroniki ze szkiełkiem.

Po ponad dwóch latach aktywnego fotografowania nadal uważam, że jest to świetny i inspirujący sprzęt. Nie czuję, żeby zdążył się zestarzeć, ani żeby ograniczał mnie w fotografii, którą tworzę. Uważam, że Fujifilm X100VI zasługuje na wiele pochwał, które można znaleźć na jego temat w internecie, oraz na każdą złotówkę, którą na niego wydałem.

P.S. Ludzie z Fuji, jeśli to czytacie, nadal czekam na swoje bilety do Japonii ;)

Next
Next

Co fotografować, kiedy nie wiesz, co fotografować