Lumix S5D z obiektywem 40 mm f/2. Zestaw, do którego musiałem podejść dwa razy.
-
Dla mnie 40 mm okazało się bardzo naturalnym kątem widzenia. Kadr w wizjerze często odpowiada temu, co wyobrażam sobie jeszcze przed podniesieniem aparatu do oka. Nie oznacza to jednak, że ta ogniskowa będzie pasowała każdemu. Jeśli masz zoom obejmujący 40 mm, warto ustawić go na tę wartość i sprawdzić ją podczas kilku zwykłych wyjść z aparatem.
Wczesną wiosną 2026 kupiłem swój pierwszy pełnoklatkowy aparat, Panasonic Lumix S5D, o którym jest już osobny wpis na moim blogu. Nigdy nie byłem fanem obiektywów zmiennoogniskowych, więc wiedziałem, że wcześniej czy później będę musiał poszukać jakiejś stałki do mojego nowego body. Od kilku lat jestem bardzo przywiązany do kąta widzenia odpowiadającego ogniskowej 35 mm na pełnej klatce, głównie za sprawą mojego Fujifilm X100VI. Dlatego nie chciałem kupować obiektywu 35 mm do Panasonica jako pierwszej stałki, ponieważ czułem, że za bardzo powieliłbym to, co mam już w Fuji.
I tutaj dałem się trochę zinfluensować internetowi. W światku fotograficznym na YouTubie jest sporo głosów, że 40 mm to fenomenalna ogniskowa, wręcz stworzona do codziennej fotografii, takiej, jaką sam praktykuję. Jednym z fotografów, od których słyszałem pochwały tej ogniskowej, jest James Popsys, którego bardzo cenię. Patrząc na jego zdjęcia, nabrałem przeczucia, że ten kąt widzenia jest właśnie czymś, czego ja też potrzebuję. Głupie, wiem. Na swoją obronę dodam tylko, że przez chwilę ustawiłem swojego zooma 20–60 mm na 40 mm, żeby zobaczyć, czy ta czterdziestka faktycznie będzie mi odpowiadała.
Jak to w życiu bywa, wszystko jakoś samo zaklikało, bo okazało się, że wiosną tego roku Panasonic zapowiedział premierę stałoogniskowego obiektywu z mocowaniem L-Mount o ogniskowej, no nie zgadniecie, 40 mm i świetle f/2. Potraktowałem to jako znak od sił wyższych rządzących wszechświatem i postanowiłem kupić ten obiektyw tuż po jego wejściu do sprzedaży na początku czerwca.
Pierwsze wrażenie
Panasonic Lumix S 40 mm f/2 zrobił na mnie dobre, choć nie jakieś fenomenalne wrażenie. Obiektyw jest mały, zgrabny i dobrze komponuje się z korpusem S5D. Jeśli zmrużymy oczy, można nawet odnieść wrażenie, że mamy tutaj do czynienia z „poor man’s Leica Q3 43”. Wrażenie byłoby jeszcze lepsze, gdyby Panasonic zdecydował się dodać do zestawu kwadratową osłonę przeciwsłoneczną, ale na próżno szukać w pudełku jakiejkolwiek osłony. Jest to o tyle rozczarowujące, że znacznie tańszy TTArtisan AF 40 mm f/2 ma ją w zestawie.
Obudowa obiektywu jest plastikowa, ale sprawia solidne wrażenie. Na plus mamy tutaj uszczelnioną konstrukcję, odporną na pył i zachlapania, więc na pewno będę spokojniejszy, wychodząc z aparatem w jesienne i zimowe dni.
Obiektyw ma też przełącznik AF/MF oraz dodatkowy programowalny przycisk. Osobiście nie znalazłem jeszcze dla niego sensownego zastosowania, bo wszelkie ustawienia niezbędne w mojej fotografii mam już przypisane do przycisków i pokręteł bezpośrednio w korpusie, ale fajnie, że jest.
Na początku nie zaiskrzyło
Wygląd zewnętrzny to jednak nie wszystko, więc czym prędzej zabrałem nowe cacko w teren. No i muszę powiedzieć, że między nami nie zaiskrzyło. Otóż w swojej fotografii najczęściej przymykam przysłonę do f/5.6 albo f/8 i tak też instynktownie robiłem z Lumixem 40 mm. I nie zrozumcie mnie źle, na moich zdjęciach obiektyw dawał wtedy obraz ostry jak żyleta, również przy brzegach kadru. Pewnie wiele osób byłoby zachwyconych takim obrazkiem, jednak to nie było do końca to, czego szukałem.
Miałem wrażenie, że zdjęcia są nieco zbyt techniczne, trochę jakby wykonane smartfonem. Ta wyrazistość detali sprawiała, że trudno było mi znaleźć w nich łagodność, którą lubię. W odbiorze był to dla mnie zupełnie inny obrazek niż ten, do którego przyzwyczaił mnie Fujifilm X100VI. Nawet gdy próbowałem zmiękczyć obraz w postprodukcji, nadal nie byłem zadowolony z efektu.
F8.0 Przy mocniej przymkniętej przysłonie szczegółowości nie brakowało. Mimo to nie był to jeszcze obraz, którego szukałem.
Te pierwsze doświadczenia z Lumixem 40 mm f/2 oraz początek wakacji i rodzinnych wyjazdów sprawiły, że przez kolejne dwa miesiące mój pełnoklatkowy zestaw leżakował na półce, ustępując miejsca bardziej kompaktowemu Fuji. Przeszło mi nawet przez myśl, czy nie sprzedać całego zestawu. Na szczęście nie zdecydowałem się na tak drastyczny krok.
Do dwóch razy sztuka
Sytuacja zmieniła się we wrześniu, kiedy ponownie sięgnąłem po Lumixa S5D i postanowiłem dać drugą szansę czterdziestce. Zacząłem zabierać ten zestaw na spacery fotograficzne, jednak zmieniłem też sposób fotografowania. Przez wakacje więcej eksperymentowałem z otwartą przysłoną w Fuji. Te eksperymenty przeniosłem również na Panasonica, którym zacząłem fotografować codzienny krajobraz przy f/2–4.
Okazało się, że to zupełnie inne doświadczenie. Obraz nadal był ostry, ale mniejsza głębia ostrości i przyjemne dla oka przejścia między ostrymi a nieostrymi partiami kadru dały mi plastykę, której wcześniej brakowało. Nadal fotografowałem podobne sceny, przede wszystkim krajobraz z jakąś ludzką obecnością, jednak ich odbiór wyraźnie się zmienił.
Zdjęcia odżyły i w moim odczuciu nabrały takiego analogowego wyglądu. Nie mam tutaj na myśli samego bokeh, tylko ogólny charakter obrazka i sposób, w jaki poszczególne plany przechodzą w nieostrość. To oczywiście bardzo subiektywne skojarzenie, ale właśnie ten wygląd sprawił, że zacząłem znacznie chętniej sięgać po Lumixa.
F3.5. Podobne motywy, ale inne podejście do przysłony. To przejścia między planami sprawiły, że zacząłem lubić obraz z tego obiektywu.
Wpływ ogniskowej 40 mm na moją fotografię
Za drugim podejściem szybko polubiliśmy się z Lumixem 40 mm i okazało się, że ta ogniskowa naprawdę mi odpowiada. Jak wspomniałem, jestem bardzo przyzwyczajony do kąta widzenia 35 mm i nie sądziłem, że te dodatkowe 5 mm może zrobić taką różnicę.
Głównie chodzi mi tutaj o naturalność samego kadrowania. Gdy zauważam jakąś scenę lub obiekt, który chcę sfotografować, a następnie przykładam do oka aparat z obiektywem 40 mm, widzę w wizjerze niemal dokładnie taki kadr, jaki chwilę wcześniej wyobraziłem sobie w głowie. Mówiąc bardziej kolokwialnie, okazało się, że mój fotograficzny umysł widzi świat w 40 mm 🙂
Przy 35 mm tak nie było. Często łapałem się na tym, że musiałem zrobić jeden lub dwa kroki do przodu, żeby otrzymać zamierzony kadr, albo poprawiałem kadrowanie w postprodukcji, przycinając nieco oryginalny obrazek. Z czterdziestką częściej już od początku wszystko jest na swoim miejscu.
“Okazało się, że mój fotograficzny umysł widzi świat w 40 mm”
Czterdziestka, do której musiałem się przekonać
Do zakupu obiektywu 40 mm nakłoniły mnie opinie innych fotografów, ale dopiero własne zdjęcia pozwoliły mi zrozumieć, za co sam lubię tę ogniskową. Mały rozmiar, solidne wykonanie i uszczelnienia są ważne w obiektywie, który zabieram na spacery. Jednak najbardziej doceniam to, jak łatwo przychodzi mi z nim kadrowanie i jak wyglądają zdjęcia, gdy pozwolę sobie nieco bardziej otworzyć przysłonę.
Jeśli szukasz niewielkiej stałki do systemu L-Mount, odpowiada Ci ogniskowa 40 mm i akceptujesz cenę około 1600–1700 zł, Lumix S 40 mm f/2 jest moim zdaniem wart rozważenia. Warto jednak samemu sprawdzić, czy ten kąt widzenia pasuje do Twojego fotografowania. Ja zaufałem cudzym opiniom, a po pierwszych wyjściach byłem gotów uznać ten zakup za pomyłkę.
Cieszę się, że dałem mu drugą szansę. Obiektyw, który przeleżał całe wakacje na półce, okazał się bardzo dobrze pasować do tego, co i jak chcę fotografować. Potrzebowałem tylko trochę czasu i kilku eksperymentów, żeby zacząć to dostrzegać.
40 mm okazało się bardzo bliskie temu, jak wyobrażam sobie kadr, zanim podniosę aparat do oka.