Kiedy fotografować w kolorze, a kiedy w czerni i bieli?

To od takich właśnie krajobrazów zaczęła się moja fascynacja fotografią czarno-białą.

Kilka lat temu, kiedy zacząłem poważniej podchodzić do fotografii, byłem zafascynowany twórczością Adriana Vili (AOWS). Jego klimatyczne kwadraty przedstawiające pokryte mgłą krajobrazy kompletnie mnie zauroczyły i byłem zdeterminowany, żeby zacząć tworzyć coś podobnego. Na tamtym etapie postanowiłem, że zostanę „specjalistą” od czarno-białych zdjęć. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że to bardzo krótkowzroczny plan.

Zderzenie z rzeczywistością

Fotografia czarno-biała całkowicie pochłonęła mnie na wiele miesięcy. Bardzo dużo nauczyłem się wtedy o kompozycji, edycji czarno-białych zdjęć, tworzeniu warstw w kadrze czy instynktownym szukaniu potencjalnych scen wartych fotografowania. Niestety po tym pierwszym okresie ekscytacji zacząłem zdawać sobie sprawę, że pogoń za mglistymi kadrami bardzo mnie ogranicza. Fotografią zajmuję się hobbystycznie i nie mogę podporządkować swojego życia nieustannemu czekaniu na mgłę, deszcz czy śnieg.

To obsesyjne szukanie kadrów pasujących do założonego celu miało jeszcze jeden skutek: byłem kompletnie ślepy na wszystko inne. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że mogę fotografować w kolorze, że mogę fotografować codzienność i pokazywać ją w inny, ciekawy sposób. Ograniczała mnie więc również konkretna wizja tego, jak powinny wyglądać moje czarno-białe zdjęcia. Pisałem już o tej pułapce w tekście o szukaniu na siłę własnego stylu fotograficznego.

Kiedy w końcu zacząłem to dostrzegać, zdecydowałem się zrezygnować z fotografii czarno-białej i skupić się na kolorze. Jednak szybko okazało się, że popełniam ten sam błąd: przestałem myśleć o czerni i bieli, tak jakby kompletnie nie istniała. To zero-jedynkowe podejście bardzo ograniczało mój rozwój fotograficzny i zrozumiałem, że muszę znaleźć inne rozwiązanie.

“U mnie problem pojawił się wtedy, gdy zacząłem odrzucać ciekawe sceny tylko dlatego, że nie pasowały do wcześniej przyjętego założenia.”

Dostosowanie techniki do sytuacji

Metodą prób i błędów nauczyłem się, że można pogodzić chęć fotografowania w czerni i bieli oraz w kolorze. Kluczem jest nauczenie się rozpoznawania, która forma lepiej sprawdzi się w konkretnej sytuacji. Wbrew obiegowym żartom nie wystarczy przekonwertować kiepskiego kolorowego zdjęcia do czerni i bieli, żeby nagle stało się artystyczne.

Jeśli scena jest minimalistyczna i opiera się na kontrastach między jasnymi a ciemnymi fragmentami kadru, warto myśleć o niej pod kątem czerni i bieli. Pozbycie się koloru może wtedy pomóc skupić uwagę na głównym temacie fotografii, kształtach i relacjach między nimi. Dodatkowo czerń i biel może podkreślić atmosferę ujęcia, jeśli fotografujemy we mgle, śniegu czy w pochmurny lub deszczowy dzień. Zwłaszcza we mgle albo w krajobrazie pokrytym śniegiem paleta barw bywa na tyle ograniczona, że bardziej interesujące stają się subtelne przejścia tonalne. Nie oznacza to jednak, że brak słońca zawsze odbiera scenie kolor. Nasycone barwy potrafią świetnie wyglądać również w miękkim, pochmurnym świetle.

Bez koloru łatwiej skupić uwagę na kształtach i relacji między jasnymi a ciemnymi fragmentami kadru.

Natomiast gdy w fotografowanej scenie kluczowa jest relacja kolorów, warto się ich trzymać i nie forsować na siłę monochromatycznego stylu. Kolor potrafi uporządkować kadr, a mocne akcenty barwne wybijające się na jego tle mogą stanowić podstawę skutecznej kompozycji. Wyrazista czerwień czy żółć, szczególnie na bardziej stonowanym tle, łatwo przyciągają uwagę, co warto wykorzystywać w swoich zdjęciach. Fotografia z takim kolorowym obiektem może zupełnie stracić siłę, jeśli przekonwertujemy ją do czerni i bieli. Może się bowiem okazać, że obiekt i jego otoczenie mają podobną jasność i po usunięciu koloru zaczynają się ze sobą zlewać.

Kolorowy akcent potrafi zbudować kompozycję. Po jego usunięciu główny obiekt może stracić swoją wyrazistość.

W jednym z poprzednich tekstów pisałem o ustawieniu profilu monochromatycznego w aparacie. Sprawne przełączanie podglądu między kolorem a czernią i bielą pomaga wyćwiczyć oko, tak aby łatwiej rozpoznawać, co zyskuje, a co traci dana scena w każdej z tych wersji.

Sam staram się myśleć o doborze konkretnej techniki już podczas fotografowania, ale zdarza się, że dopiero przy edycji zauważam potencjał na czarno-białe zdjęcie. Oglądając kadr na spokojnie, czasem dostrzegam relacje między jego elementami, na które wcześniej nie zwróciłem uwagi.

Dwa sezony fotograficzne

W praktyce, choć jest to duże uproszczenie, mam swoje dwa sezony fotograficzne. W miesiącach jesienno-zimowych częściej skupiam się na monochromatycznych fotografiach. W scenach, które wtedy wybieram, zwykle jest mniej wyrazistych barw, a więcej szarości, nagich drzew, pluchy czy śniegu. Skupiam się na bardziej nostalgicznych, klimatycznych zdjęciach, a czerń i biel doskonale podkreśla ten nastrój. Szukam również kontrastu między jasnym, zachmurzonym niebem a ciemniejszymi obiektami, które mają być głównym tematem kadru.

Natomiast w miesiącach wiosenno-letnich, kiedy słońce znowu daje o sobie znać i świat budzi się do życia, częściej sięgam po kolor. Łatwiej jest wtedy szukać kadrów, w których relacje między barwami grają pierwsze skrzypce. Dni są dłuższe, jest więcej światła, co również skłania mnie ku kolorom.

Oczywiście mocne słońce daje też okazję do fotografowania bardzo ciekawych monochromatycznych kadrów w miejskiej dżungli. Można wtedy wykorzystać wyraźną granicę między oświetlonymi powierzchniami a głębokimi cieniami rzucanymi przez budynki. Czerń i biel pozwala skupić uwagę właśnie na tych relacjach. Moje dwa sezony są więc raczej opisem tego, po co najchętniej sięgam, niż zasadą, której zawsze się trzymam.

Zostaw sobie wybór

Ostatecznie dobór odpowiedniej formy jest kwestią własnych preferencji i języka wizualnego, jednak warto przynajmniej znać możliwości każdej z nich. Świadoma decyzja o fotografowaniu wyłącznie w kolorze albo w czerni i bieli może być dobrym rozwiązaniem, zwłaszcza jeśli pracujemy nad konkretnym projektem. U mnie problem pojawił się wtedy, gdy zacząłem odrzucać ciekawe sceny tylko dlatego, że nie pasowały do wcześniej przyjętego założenia.

Dzisiaj staram się zostawiać sobie więcej swobody. Kiedy coś przyciąga moją uwagę, zastanawiam się, co właściwie mnie zainteresowało i jak najlepiej pokazać to na zdjęciu. Czasem będzie to kolorowy akcent, a czasem jakiś kształt odcinający się od jasnego nieba. Korzystanie z obu możliwości pozwala mi czerpać więcej z fotografowania przez cały rok, w takich warunkach i miejscach, do jakich akurat mam dostęp. Nadal bardzo lubię mgliste, czarno-białe krajobrazy, ale nie chcę, żeby czekanie na nie przesłaniało mi wszystko, co mogę sfotografować po drodze.

Nie chcę, żeby czekanie na wymarzone warunki przesłaniało mi sceny, które mam przed sobą.

Previous
Previous

Stawy Raszyńskie

Next
Next

Rynia - fotowypad