Samo fotografowanie nadal sprawia mi przyjemność. Pytania zaczynają się przy publikowaniu.
-
Nie każdy fotograf musi nagrywać filmy, pisać poradniki czy pokazywać kulisy swojej pracy. Warto jednak zadbać o to, jak odbiorcy mogą znaleźć jego zdjęcia. Tworzenie dodatkowych materiałów jest jednym ze sposobów, ale wymaga czasu, który mógłby zostać przeznaczony na fotografowanie.
-
Blog daje większą swobodę prezentowania zdjęć i łączenia ich z tekstem. Samo posiadanie strony nie gwarantuje jednak czytelników. Budowanie społeczności pozostaje długoterminową pracą, której efekty są niepewne.
Dzisiejszy tekst będzie moim osobistym rantem na temat tego, jak wygląda życie fotografa. Nie komercyjnego, ale hobbysty, który traktuje swoją fotografię jako sztukę. Więc usiądźcie wygodnie i przygotujcie popcorn, bo nie wiem jeszcze, dokąd jedziemy.
Fotografią zajmuję się hobbystycznie, z przerwami, od około 20 lat. Uwielbiam to robić. Jest to mój sposób ekspresji i świat, do którego mogę uciec, gdy „dorosłe życie” daje mi w kość. I mimo że chęć tworzenia wychodzi z mojego wnętrza, a robię to przede wszystkim dla siebie i swojego dobrostanu emocjonalnego, chciałbym móc dzielić się moją fotografią z innymi. Nie ma w tym nic złego, jest to zupełnie ludzki odruch. Tworzymy coś i chcemy się tym dzielić.
Można sobie zadać pytanie: ale w czym problem? Przecież żyjemy w cyfrowym, połączonym świecie, gdzie każdy może publikować to, co chce, na przeróżnych internetowych platformach. Można, pewnie całkiem obiektywnie, stwierdzić, że dzielenie się swoją fotografią i twórczością ze światem jeszcze nigdy nie było tak łatwe jak teraz.
Problem polega na tym, że samo udostępnienie zdjęć nie gwarantuje, że ktokolwiek je zobaczy. Jeśli publikujesz same zdjęcia, nawet bardzo dobre, nie możesz zakładać, że obronią się same i przyciągną odbiorców. Dotarcie do ludzi wymaga dodatkowej pracy i coraz częściej wiąże się z tworzeniem całej otoczki wokół swojej fotografii.
Oczywiście same zdjęcia też są treścią. Kiedy jednak piszę tutaj o „twórcy treści”, mam na myśli kogoś, kto oprócz fotografowania przygotowuje filmy, poradniki, teksty czy materiały zza kulis, aby zainteresować odbiorców swoją działalnością. Zastanawiam się, na ile taka dodatkowa praca staje się dziś koniecznością dla fotografa, który chce pokazywać swoje zdjęcia szerszej publiczności.
Fotograf jako twórca treści
Przez długi czas tego nie rozumiałem albo nie chciałem zrozumieć. Wychodziłem z założenia, że jeśli skupię się na swoim fachu, na swojej sztuce i będę poświęcał całą energię na bycie lepszym fotografem, to wcześniej czy później moje zdjęcia obronią się same.
Regularnie publikowałem zdjęcia na Instagramie, ale świadomie odmawiałem nagrywania rolek, montowania filmów, wymyślania żartów czy poświęcania czasu na sztuczne interakcje, które mogłyby mi zapewnić sztuczne polubienia. Nie chciałem również korzystać z płatnych reklam na Instagramie, które mogłyby zachęcić ludzi do zwrócenia uwagi na moją fotografię.
Oczywiście efekt był przewidywalny: moje konto na Instagramie od lat jest praktycznie martwe.
Próbowałem przez chwilę swoich sił na YouTubie, ale szybko zdałem sobie sprawę, że to również nie jest dla mnie. Nie mam najmniejszej ochoty tworzyć filmów ani występować przed kamerą. Chcę robić zdjęcia i chcę, żeby inni mieli szansę je zobaczyć. Jednak rozumiem, że w dzisiejszych czasach oczekiwanie, że ludzie sami odnajdą naszą fotografię, jest praktycznie nierealistyczne.
Zrozumiałem więc, że samo rozwijanie warsztatu nie rozwiązuje problemu docierania do odbiorców. Tworzenie dodatkowych materiałów wokół fotografii jest jednym ze sposobów, żeby im w tym pomóc. Problem zaczyna się wtedy, gdy czuję, że muszę zajmować się rzeczami, na które nie mam ochoty, tylko po to, żeby ktoś zobaczył moje zdjęcia.
“Problem zaczyna się wtedy, gdy czuję, że muszę zajmować się rzeczami, na które nie mam ochoty, tylko po to, żeby ktoś zobaczył moje zdjęcia.”
Widoczność na zasadach platform społecznościowych
Najłatwiej zacząć tworzyć treści wokół fotografii w mediach społecznościowych. Jednak łatwość rozpoczęcia nie oznacza, że dalsza droga będzie prosta. Publikując w social mediach, działamy na zasadach podyktowanych przez daną platformę. Musimy tańczyć, jak nam zagrają, ponieważ jeśli nie dostosujemy się do trendów, nie zostaniemy nagrodzeni widocznością, a co za tym idzie, cały nasz wysiłek zostanie zmarnowany.
To prowadzi do sztuczności, bo zamiast tworzyć „prawdę”, która jest zgodna z naszym charakterem i osobowością, zaczynamy tworzyć „content” pod publikę. A to z kolei prowadzi do szybkiego wypalenia i przeciętności.
Większość platform, takich jak Instagram czy Threads, jest również nastawiona na zamykanie użytkowników wewnątrz aplikacji, bo czas spędzony w apce to więcej przychodów z reklam. Dlatego portale te bardzo mocno ograniczają zasięgi, gdy tylko w naszych publikacjach pojawia się link, np. do prywatnej strony. To tylko nakręca potrzebę powierzchownych kontaktów i sprzyja płytkości wypowiedzi.
Największym kosztem, jaki ponosimy, tworząc treści w mediach społecznościowych, jest nasza uwaga. Nie dość, że poświęcamy ją na tworzenie tego powierzchownego contentu, to jeszcze aplikacje te wymagają od nas nieustannej obecności online. Wysyłają nam powiadomienia, nakłaniają do komentowania, interakcji i ciągłego odświeżania feedu.
Zamiast fotografować i tworzyć sztukę, stajemy się zakładnikami aplikacji społecznościowych.
W internecie wszystko próbuje przyciągnąć naszą uwagę.
Własny blog a niezależność
Aby uciec od tego zgiełku, postanowiłem założyć własną stronę internetową oraz bloga, który miał się stać moją bezpieczną przystanią. Własna strona daje możliwość publikowania na swoich zasadach. Pozwala łączyć zdjęcia i tekst w sposób, który jest właściwie niemożliwy do osiągnięcia w mediach społecznościowych.
Własna strona to też niezależność i prawo własności. To, co publikujesz, jest Twoje. Nikt nie przyjdzie i nie zamknie Twojego konta ani nie zmieni działania algorytmu, bo nie ma żadnego algorytmu. Można tu budować własne archiwum tekstów, doświadczeń i relacji fotograficznych, które zawsze będą dostępne zarówno dla Ciebie, jak i dla potencjalnych czytelników.
Minusem tej niezależności są koszty, a te są dwojakie. Możemy zbudować własną stronę, np. na silniku WordPress, ale wymaga to sporego zaangażowania, znajomości narzędzia i podstaw związanych z instalacją, hostingiem oraz edycją HTML i CSS. Takie rozwiązanie jest tańsze finansowo, bo jedyne koszty, jakie ponosimy, to serwer i domena, a zazwyczaj nie jest to duży wydatek. Alternatywą jest skorzystanie z płatnych usług, takich jak Squarespace. Tutaj odpada nam konieczność poznawania tajników budowania i konfiguracji własnej strony, więc od razu możemy skupić się na tworzeniu treści. Minusem są za to znacznie wyższe koszty finansowe takiego rozwiązania.
Posiadanie własnej strony ma na pewno wiele zalet, ale również nie gwarantuje dotarcia do odbiorców.
Na spacerze z aparatem łatwiej mi skupić się na tym, co naprawdę mnie interesuje.
Budowanie społeczności wymaga czasu
Gdy zdecydowałem się na prowadzenie bloga, od razu założyłem, że będzie to przedsięwzięcie długoterminowe. Wiedziałem, że aby zbudować społeczność wokół mojej twórczości i fotografii, trzeba patrzeć długofalowo. Ważne jest, żeby wypracować sobie system publikowania, który nie jest zbyt obciążający i nie doprowadzi do szybkiego wypalenia i rezygnacji. To trochę jak z dietą i ćwiczeniami: możesz być zdeterminowany, żeby odnieść sukces, ale jeżeli stworzysz sobie zbyt rygorystyczny system, w pewnym momencie dopadną Cię znużenie i wypalenie, a w efekcie porzucisz swoje cele.
Stworzyłem sobie system oparty na publikowaniu jednego wpisu o długości około 1000 słów tygodniowo, zazwyczaj we wtorki. Warto pamiętać, że przygotowanie takich tekstów to nie jest bułka z masłem. Potrzebny jest pomysł, burza mózgów, konspekt, pierwszy draft, korekta, drugi draft i kolejna korekta. Do tego dopracowanie linków do poprzednich tekstów, zdjęcia, podpisy, SEO i publikacja w social mediach. To wszystko zajmuje sporo czasu, a efekty na samym początku są bardzo słabe, delikatnie rzecz ujmując. Człowiek ma wrażenie, że mówi w próżnię i że po drugiej stronie nikogo nie ma.
Jest jeszcze pewien drobiazg, o którym coraz rzadziej się mówi. Otóż w ciągu ostatnich paru lat ruch generowany przez Google czy inne wyszukiwarki pozwalał na stopniowe rozwijanie bloga. Teraz, gdy AI zdominowało wyszukiwarki, ludzie coraz rzadziej odwiedzają konkretne strony, bo często zadowalają się odpowiedzią na zapytanie przygotowaną przez AI.
W pewnym momencie można zacząć zadawać sobie pytanie, czy to wszystko jest w ogóle warte zachodu. Ostatecznie moim nadrzędnym celem jest tworzenie fotografii, a nie zostanie internetowym influencerem. Nie oznacza to jednocześnie, że nie lubię pisać, bo naprawdę sprawia mi to przyjemność i nie robiłbym tego tak systematycznie, gdyby było inaczej.
Język publikacji a wybór odbiorców
Jednak to nie koniec rozważań i wątpliwości. Dochodzi jeszcze kwestia wybrania grupy docelowej. Tworząc bloga na mojej stronie michalsumka.pl, chciałem dotrzeć do polskich czytelników, osób żywo zainteresowanych fotografią. Zależało mi i nadal zależy na zbudowaniu społeczności, z którą mógłbym dyskutować o fotografii, a dodatkowo dzielić się swoimi zdjęciami.
Problem polega na tym, że fotografia w dzisiejszych czasach, taka świadoma, bardziej artystyczna, jest niszowym tematem. Mamy więc tutaj bardzo wąską grupę ludzi zainteresowanych fotografią i chcących czytać treści po polsku. Nie jest łatwo do nich dotrzeć, bo nawet jeśli są, to często również, albo głównie, oglądają i czytają materiały po angielsku.
Stąd też w mojej głowie zrodził się pomysł rozszerzenia działalności o platformę Substack i publikowania w języku angielskim. Chcę dotrzeć do szerszej grupy odbiorców i budować również międzynarodową społeczność wokół mojej twórczości. Brałem też pod uwagę publikowanie w dwóch językach jednocześnie na moim blogu, ale wydaje mi się, że jeżeli dokładam już sobie dodatkowej pracy, to może jednak warto spróbować dotrzeć do nowych odbiorców na innej platformie.
“Chcę sprawdzić, czy uda mi się znaleźć tam odbiorców, pozostając przy formie tworzenia, która sprawia mi przyjemność.”
Mam przy tym świadomość, że Substack również jest zewnętrzną platformą i nie rozwiązuje automatycznie problemów, o których tutaj piszę. Wydaje mi się jednak bliższy temu, co lubię robić: łączyć zdjęcia z dłuższym tekstem. Chcę sprawdzić, czy uda mi się znaleźć tam odbiorców, pozostając przy formie tworzenia, która sprawia mi przyjemność.
A dodatkowej pracy jest sporo. Mimo że moja znajomość języka angielskiego jest na bardzo wysokim poziomie, nie jest to mój ojczysty język i szybciej oraz łatwiej przychodzi mi porządkowanie myśli po polsku. Dodatkowe tłumaczenie na angielski, nawet z pomocą AI, jest nie lada przedsięwzięciem dla kogoś, dla kogo fotografia i pisanie są jedynie hobby, które trzeba połączyć z pracą i życiem rodzinnym.
Chcę zostawić sobie czas na zdjęcia, których nikt ode mnie nie oczekuje.
Własne priorytety w publikowaniu
Dlatego muszę dokonywać pewnych wyborów, żeby dobrze wykorzystać swój czas. Jeszcze nie wiem do końca, jak docelowo będzie wyglądał mój system publikacji. Chcę nadal rozwijać ten blog i budować wokół niego polską społeczność, a jednocześnie spróbować swoich sił na Substacku. Traktuję to jako dodatkowy eksperyment. Dopiero z czasem przekonam się, jakie tempo publikowania w obu miejscach będzie dla mnie do utrzymania i ile pracy mogę w to włożyć, zachowując czas na fotografię i życie poza internetem.
Ograniczyłem już w bardzo dużym stopniu aktywność w aplikacjach należących do Mety. Threads pozostaje jedynie kanałem informowania o nowych wpisach na blogu. Na Instagramie przestałem regularnie publikować zdjęcia i ograniczyłem się do jednego opcjonalnego postu w tygodniu. Te aplikacje po prostu nie są warte uwagi i poświęcanego im czasu.
Wracając do pytania postawionego w tytule tego tekstu: czy fotograf musi być również twórcą treści? Nie sądzę, żeby każdy musiał nagrywać filmy, pisać poradniki czy pokazywać kulisy swojej pracy. Jeśli jednak zależy nam na dotarciu do odbiorców, musimy poświęcić uwagę również temu, jak mogą nas znaleźć. Samo publikowanie dobrych zdjęć może nie wystarczyć.
Dla mnie pisanie o fotografii jest sposobem, który chcę rozwijać, bo samo w sobie sprawia mi przyjemność. Dlatego nadal chcę prowadzić ten blog i sprawdzić, co przyniesie publikowanie na Substacku. Pozostaje znalezienie takiego tempa, przy którym dzielenie się fotografią będzie zostawiało mi jeszcze czas i ochotę na jej tworzenie.